środa, 29 czerwca 2016

Świątynia BOGA ŻYWEGO

Świątynia BOGA ŻYWEGO

Całe nauczanie Biblii wskazuje na to, że Bożym pragnieniem jest zamieszkiwać pośród swojego ludu. To pragnienie widzimy w historii Izraela jako narodu, ale również obecne jest w Nowym Przymierzu. Boży plan zbawienia uwieńczony jest ustanowieniem Nowego Jeruzalem – Świętego Miasta, miejsca będącego przybytkiem Boga między ludźmi. Czytamy o tym w Księdze Objawienia Jana 21,2-3: „I widziałem miasto święte, nowe Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga, przygotowane jak przyozdobiona oblubienica dla męża swego. I usłyszałem donośny głos z tronu mówiący: Oto przybytek Boga między ludźmi! I będzie mieszkał z nimi, a oni będą ludem jego, a sam Bóg będzie z nimi”. Tożsamość Izraela jako narodu wybranego i Kościoła jako Bożego ludu jest wyrażona faktem JEGO zamieszkiwania pośród nich. To, co wyróżnia Boży lud, to przede wszystkim Boża obecność.

W historii Izraela ważnym etapem była świątynia w Jerozolimie, a wcześniej Przybytek Mojżesza i Namiot Dawida. Poniżej dwa bardzo istotne fragmenty dotyczące Bożej wizji JEGO obecności pośród swojego ludu.

  • (2. Księga Mojżeszowa 25,1-2;8): „I rzekł Pan do Mojżesza, mówiąc: Powiedz synom izraelskim, aby zebrali dla mnie dar ofiarny. Od każdego człowieka, którego pobudzi serce jego, zbierzcie dla mnie dar ofiarny. (…) I wystawią mi świątynię, abym zamieszkał pośród nich”.
  • (2 Księga Mojżeszowa 29,43-46): „Objawię się tam synom izraelskim, a miejsce to będzie poświęcone moją chwałą. I poświęcę Namiot Zgromadzenia i ołtarz. Aarona zaś i jego synów poświęcę, aby byli moimi kapłanami. I mieszkać będę pośród synów izraelskich, i będę ich Bogiem. I poznają, żem Ja, Pan, ich Bóg, który ich wyprowadziłem z ziemi egipskiej, aby mieszkać pośród nich, Ja, Pan, ich Bóg”.
Te dwa fragmenty Bożego Słowa odkrywają przed nami Boże pragnienia względem Jego ludu. Wskazują na Bożą tęsknotę względem ludzi, z którymi zawarł przymierze. Pan Bóg pragnie miejsca, które jest uświęcone Jego chwałą – ŚWIĄTYNI, w której będzie zamieszkiwał pośród swoich wybranych. Jednak Bóg pragnie, żeby poddanie Bożego ludu było dobrowolne, bo On patrzy na serce.

Pan Bóg ciągle dawał znaki swojej obecności pośród Izraela. Poniżej kilka wybranych fragmentów biblijnych potwierdzających fakt Bożej obecności wśród narodu wybranego.

  • Manifestacja Bożej mocy w czasie niewoli w Egipcie i wyraźny rozdział pomiędzy narodem egipskim, a narodem wybranym (2. Księga Mojżeszowa 7-11).
  • Obłok w dzień i słup ognia w nocy (2. Księga Mojżeszowa 13,21-22).
  • Przejście przez Morze Czerwone (2. Księga Mojżeszowa 14,15-31).
  • Uzdrowienie gorzkich wód (2. Księga Mojżeszowa 15,22-26).
  • Przepiórki i manna z nieba (2. Księga Mojżeszowa 16).
  • Woda ze skały (2. Księga Mojżeszowa 17,1-7).
Te wymienione i inne znaki były Bożą odpowiedzią na pytanie, które cały czas dręczyło Izraelitów, a sformułowane zostało w 2. Księdze Mojżeszowej 17,7: „Czy jest Pan pośród nas, czy nie?”. Czy my nie zadajemy sobie czasami podobnego pytania? Ja zadawałem i przyznam szczerze, czasem jeszcze zadaję sobie takie pytanie. Jednak Bóg jest wierny i daje się znaleźć tym, którzy Go szczerze szukają. Manifestuje swoją obecność w naszym życiu. Jednak zadajmy sobie dzisiaj jeszcze inne pytanie. Czy czasem nie jest tak, że Boża obecność tak nam spowszedniała, iż może już nie zwracamy na nią należytej uwagi? Tak było w przypadku Izraela. Wszystkie oznaki Bożej obecności, choć mogły zaspokoić ludzi, to nie zaspokoiły BOŻEGO SERCA. Jego pragnieniem było mieć świątynię, by stale mieszkać pośród swojego ludu. Nawet, jeśli my zadowalamy się przejawami Bożego działania pośród nas, to Bóg pragnie czegoś znacznie więcej. On pragnie ustanowić SWOJĄ ŚWIĄTYNIĘ miejscem trwałej obecności w nas oraz pośród nas.

Jaka to była świątynia? W poszukiwaniu odpowiedzi, przeczytajmy dwa fragmenty Bożego Słowa. Pierwszy dotyczy Przybytku Mojżesza, a drugi – Świątyni budowanej przez Salomona.

  • (2. Księga Mojżeszowa 40,16): „Mojżesz uczynił wszystko tak, jak mu nakazał Pan; tak uczynił”.
  • (2. Księga Kronik 5,11-14): „Gdy zaś kapłani wychodzili z przybytku świętego - wszyscy bowiem kapłani, którzy się tam znajdowali, poświęcili się, nie pilnując kolejności grup, a wszyscy lewiccy chórzyści: Asaf, Heman, Jedutun wraz ze swymi synami i pobratymcami, odziani w bisior, stali z cymbałami, lutniami i cytrami po wschodniej stronie ołtarza, a z nimi stu dwudziestu kapłanów dmących w trąby, i trębacze, i chórzyści mieli jak jeden mąż i jednym głosem zaintonować pieśń chwały i dziękczynienia Panu - gdy więc wzbił się głos trąb i cymbałów i innych instrumentów do wtóru pieśni pochwalnej dla Pana, że jest dobry i że na wieki trwa łaska jego, świątynia, to jest świątynia Pana, napełniła się obłokiem, tak iż kapłani nie mogli tam ustać, aby pełnić swoją służbę, z powodu tego obłoku, gdyż świątynię Bożą napełniła chwała Pana”.
Świątynia Pana musi być zbudowana według Bożego wzorca i jest to miejsce pełne nieustannego uwielbienia i Bożej chwały. Nic poniżej tego standardu nie zadowoli Pana Boga – tylko dokładna realizacja Jego planu i Jego chwała spoczywająca w świątyni. Dokładnie tego samego oczekuje Pan Bóg w naszym życiu. Wyraźnie pisze o tym apostoł w Ewangelii Jana 5,44: „Jakże możecie wierzyć wy, którzy nawzajem od siebie przyjmujecie chwałę, a nie szukacie chwały pochodzącej od tego, który jedynie jest Bogiem?”.

Poniższe fragmenty określają niezmienne, a więc i dzisiejsze standardy osobistej Bożej świątyni.

  • (2 List do Koryntian 6,16): „Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, i będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim”.
  • (Dzieje Apostolskie 7,48-49): „Ale Najwyższy nie mieszka w budowlach rękami uczynionych, jak mówi prorok: Niebo jest tronem moim, a ziemia podnóżkiem stóp moich; jaki dom zbudujecie mi, mówi Pan, albo jakie jest miejsce odpocznienia mego?”.
  • (Dzieje Apostolskie 17,24): „Bóg, który stworzył świat i wszystko, co na nim, Ten, będąc Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych”.
  • (1. List do Koryntian 6,19-20): „Albo czy nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który jest w was i którego macie od Boga, i że nie należycie też do siebie samych? Drogoście bowiem kupieni. Wysławiajcie tedy Boga w ciele waszym”.
  • (1. List Piotra 2,5): „I wy sami jako kamienie żywe budujcie się w dom duchowy, w kapłaństwo święte, aby składać duchowe ofiary przyjemne Bogu przez Jezusa Chrystusa”.

Dziś Bóg ma swoją świątynię w SWOIM CIELE, czyli w Kościele Pana Jezusa Chrystusa. On nie mieszka w budynkach. Jego świątynią są dzieci Boże, które są żywym budulcem domu duchowego. Pan Bóg poprzez nas i SWÓJ KOŚCIÓŁ chce mieć miejsce zamieszkania w naszych miejscowościach, regionach i narodach. Poprzez dzieło Ducha Świętego w naszym życiu Pan Jezus Chrystus chce mieć sposobność objawienia SAMEGO SIEBIE, a przez to OJCA tym, którzy żyją wokół nas. W ostatnim z powyższych fragmentów apostoł Piotr mówi o kapłaństwie w kontekście budowy domu duchowego. Zwróćmy uwagę na to, że wszystkie fragmenty w Nowym Testamencie na temat kapłaństwa, jako duchowej służby występują w liczbie mnogiej. Nie jesteśmy pojedynczymi kapłanami, jako osoby duchowne, lecz jesteśmy zbiorowym kapłaństwem w CIELE CHRYSTUSA, czyli jako Kościół Boży. Przez zwykłą analogię, w "królestwie" jest tylko jeden król. Więc wszelkie kapłaństwo jest tylko w Chrystusie, ponieważ jest ono królewskie. Tę obietnicę dla narodu wybranego Bóg wypowiedział w czasie przyszłym w 2. Księdze Mojżeszowej 19,6: „A wy będziecie mi królestwem kapłańskim i narodem świętym”. Częściowe wypełnienie nastąpiło w formie służby świątynnej kapłanów. Jednak ta obietnica wypełniła się w Kościele Pana Jezusa Chrystusa. Apostoł Piotr rozwija tę myśl w swoim 1. Liście 2,9: „Ale wy jesteście rodem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym, abyście rozgłaszali cnoty tego, który was powołał z ciemności do cudownej swojej światłości”. Piotr mówi do Bożego Kościoła określając go "królewskim kapłaństwem" i "narodem świętym" oraz "rodem wybranym" w czasie teraźniejszym. Kościół jest w tym sensie "Duchowym Narodem Wybranym". Więc ta wypełniająca się w Bożym wiecznym TERAZ obietnica dotyczy niekoniecznie "osób duchownych", ale raczej osób duchowych, czyli wierzących sprawujących świadomą służbę duchową w KOŚCIELE PANA JEZUSA CHRYSTUSA.

Osobiste chrześcijaństwo jest postrzegane przez innych ludzi przez pryzmat tego, jacy są poszczególni, najbliżsi tym ludziom chrześcijanie. W Dziejach Apostolskich 11,26, czytamy: „W Antiochii też nazwano po raz pierwszy uczniów chrześcijanami”. To miało miejsce w w Antiochii Syryjskiej, gdzie powstał pierwszy zbór pogański, czyli z nawróconych pogan. Trudno dzisiaj powiedzieć, czy takie nazewnictwo miało pozytywny wydźwięk, czy wręcz przeciwnie – miało charakter wyzwiska. Jednak w każdym przypadku chrześcijanie musieli się jakoś wyróżniać w tym dużym rzymskim mieście. W jednym z dynamicznych przekładów Nowego Testamentu, słowo "chrześcijanin" przetłumaczono jako "mały Chrystus". W nawróconych poganach rozpoznawano Chrystusa! To byli prawdziwi uczniowie i naśladowcy Jezusa. Z tej historii wypływa dla nas bardzo ważna lekcja. Nie jest istotne to, że nazywamy siebie chrześcijanami, czy też nazywają nas tak inni chrześcijanie. Ważne jest to, że zostaniemy rozpoznani i nazwani chrześcijanami przez kogoś, kto nim nie jest. Zasadą wynikającą z tego fragmentu jest także to, że musimy być uczniami i naśladowcami Chrystusa, żeby nazwano nas chrześcijanami. Musi być coś w naszym życiu, co odróżnia nas jako chrześcijan. Nawet jeśli to coś w oczach oceniającego jest negatywne, ponieważ odstajemy od innych, odmawiając zrobić coś, co robi większość lub przeciwnie robimy coś, czego inni nie robią.

Nie lekceważmy swojego powołania, którego nieodłącznym elementem jest być ŚWIĄTYNIĄ BOGA ŻYWEGO. Jak dziś postrzegamy Świątynię Pana? Co widzimy, kiedy patrzymy na Kościół i na swoje życie? Czy dostrzegamy, że jest pełne chwały Bożej? Może jednak to, co widzimy przypomina raczej to, co zobaczył Nehemiasz lub Aggeusz, czyli świątynię, która wymaga odbudowy. Jaki jest obraz naszej osobistej świątyni? Czy jest ona miejscem, gdzie przebywa chwała Pana? Słowo Boże nie daje nam żadnych wątpliwości, co do Bożych standardów JEGO ŚWIĄTYNI. Na temat Bożej wizji, często w konfrontacji z osobistą i kościelną praktyką możemy przeczytać w fragmencie z Listu do Efezjan 4,25 – 5,20. Jaki wniosek z tego i innych fragmentów biblijnych na temat naszej osobistej świątyni? Niezmiennym Bożym standardem dla naszego życia jest to, o czym przypomina apostoł Piotr w swoim 1. Liście 1,16: „ponieważ napisano: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty”.

W historii Izraela, po długim okresie odstępstwa, świątynia Salomona będąca znakiem Bożej obecności wśród narodu wybranego uległa zniszczeniu. Relację z tego okresu mamy, np. w 2. Księdze Kronik 36,11-21. Jednak Pan Bóg zawsze wkłada w serca ludzi wizje odbudowy, np. Aggeusza, czy Zachariasza. Powołuje wystawienników, np. Daniela. Pobudza do działania ludzi z obdarowaniem apostolskim, nauczycielskim i pasterskim, np. Ezdrasza, Zorobabela, Jozuego, czy Nehemiasza. Niezależnie od rozmiarów zniszczenia, w Bogu jest zawsze pragnienie odbudowy. Pan zawsze odbudowuje swoje dziedzictwo. Pan Bóg odbudowuje SWÓJ KOŚCIÓŁ. On także odbudowuje nasze życie. Jego pragnieniem jest świątynia pełna JEGO CHWAŁY. Bożym pragnieniem jest dawanie błogosławieństwa w naszym życiu i poprzez nasze życie. Bóg ma zawsze na uwadze wyzwolenie z niewoli i odbudowę swojego dziedzictwa. Tak, jak opisuje to prorok w Księdze Izajasza 52,1-12. Boże przymierze z nami, to osobiste przymierze życia i odbudowy. Tak, jak opisuje to prorok Ezechiel w swojej Księdze 36,23-38.

W kwestii budowy lub odbudowy świątyni ważne są trzy etapy, które widzimy na przykładzie życia i służby Mojżesza.
I. Musimy posłuchać wezwania i wejść na Górę Pana.
II. Powinniśmy rozpocząć od budowy ołtarza.
III. Musimy realizować Bożą, a nie własną wizję świątyni.

Pierwszy etap, to wejście na Górę Pana i wysłuchanie tego, co Bóg ma nam do przekazania. Znajdujemy go w fragmencie 2. Księgi Mojżeszowej 24,12-18. Góra Pana, to jest miejsce, gdzie zaczyna się budowa lub odbudowa świątyni. Jest to miejsce, do którego Bóg pociąga ciebie i mnie. Pan Bóg mówił do Mojżesza i mówi dzisiaj do każdego z nas: „wstąp do Mnie na górę”. Góra Pana, to symbol Bożej obecności i miejsce Jego zamieszkiwania. Wyraźnie widzimy to w fragmencie z Księgi Izajasza 57,15: „Bo tak mówi Ten, który jest Wysoki i Wyniosły, który króluje wiecznie, a którego imię jest Święty: Króluję na wysokim i świętym miejscu, lecz jestem też z tym, który jest skruszony i pokorny duchem, aby ożywić ducha pokornych i pokrzepić serca skruszonych”. Tam zaczyna się odbudowa świątyni Pana. O tym prorokował Aggeusz w swojej Księdze 1,7-9: „Tak mówi Pan Zastępów: Zważcie, jak się wam powodzi! Idźcie w góry, sprowadźcie drzewo i budujcie dom, a upodobam go sobie i ukażę się w nim w chwale - mówi Pan! Liczyliście na wiele, lecz oto jest mało, a gdy to przynieśliście do domu, zdmuchnąłem to. Dlaczego? - mówi Pan Zastępów. Z powodu mojego domu, który leży w gruzach, podczas gdy każdy z was gorliwie krząta się koło własnego domu”. Na Górze Pana otrzymamy wizję i środki na odbudowę. Na Górze Pana jest zaopatrzenie. Czytamy o tym w 1. Księdze Mojżeszowej 22,14: „I nazwał Abraham to miejsce: Pan zaopatruje. Dlatego mówi się po dziś dzień: Na górze Pana jest zaopatrzenie”.

Król Izraela, Salomon przebywał w Bożej obecności przed rozpoczęciem budowy świątyni. Jeśli nie będziemy na Górze Pana, czyli w miejscu osobistego spotkania z Bogiem, to nie odczujemy i nie zobaczymy tego, co jest w BOŻYM SERCU. Pan Bóg zawsze powołuje ludzi imiennie. Tak, jak powołał Mojżesza słowami w Księdze Wyjścia 24,12: „Wstąp do mnie na górę i zostań tam”. To ważne słowa. Istotne jest wejść, ale równie ważne jest pozostać, czyli przebywać w Bożej obecności. Kiedy Pan Jezus powoływał uczniów, to pierwszym etapem było ich imienne wezwanie. Czytamy o tym w Ewangelii Marka 3,14: „I wstąpił na górę, i wezwał tych, których sam chciał, a oni przyszli do niego. I powołał ich dwunastu, żeby z nim byli i żeby ich wysłać na zwiastowanie ewangelii”.

Czy masz tęsknotę za miejscem społeczności z Panem? Czy pragniesz intymności z Jezusem w Duchu Świętym? Dziś w Chrystusie mamy dostęp do Bożej obecności. On chce wprowadzać nas na ŚWIĘTĄ GÓRĘ PANA, czyli w miejsce osobistego spotkania z Bogiem. Czy tęsknisz za tym? Czy pragniesz Bożej obecności w JEGO KOŚCIELE, czy w narodzie? Czy przygotowujesz miejsce dla chwały Bożej? Jeśli nasza odpowiedź brzmi – TAK, to musimy udać się na Górę Pana. Tam znajdziemy wszystko czego potrzebujemy. Bóg daje wyraźne wskazówki w SWOIM SŁOWIE, co może GO zadowolić w kwestii budowy lub odbudowy naszej osobistej świątyni. Budujmy nie według swoich, ale według Bożych standardów, czyli w oparciu o Słowo Boże skierowane do naszego życia. Wyraźnie mówi o tym Bóg w 2. Księdze Mojżeszowej 25,40: „Bacz, abyś uczynił to według wzoru, który ci ukazano na górze”. Pan Bóg włożył nam SWOJĄ WIZJĘ w nasze serce. Naszym zadaniem jest ją dostrzec i być partnerem Boga w jej realizacji. Mówi o tym apostoł Jan w Księdze Objawienia 21,10: „I zaniósł mnie w duchu na wielką i wysoką górę, i pokazał mi miasto święte Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga”.

Drugi etap odbudowy świątyni, to rozpoczęcie od budowy ołtarza do składania ofiar miłych Bogu. Abraham ofiarował Izaaka na Górze Moria, czyli na miejscu, gdzie potem powstała Świątynia zbudowana przez Salomona. Jednak ten król izraelski rozpoczął budowę od urządzenia ołtarza i składania ofiar. Pierwszą rzeczą, jaką uczynili Izraelici po powrocie do Jerozolimy z zamiarem odbudowy świątyni też było zbudowanie ołtarza. Co symbolizuje ołtarz? To miejsce naszego oddzielenia i całkowitego oddania się Bogu. Pisze o tym apostoł Paweł w Liście do Rzymian 12,1: „Wzywam was tedy, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście składali ciała swoje jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu, bo taka winna być duchowa służba wasza”. "Duchowa służba" nie oznacza tylko tego, że mamy ją pełnić "w duchu". To oznacza, że powinny być widoczne duchowe owoce naszego osobistego chrześcijaństwa w codziennym życiu. Potwierdza to autor Listu do Hebrajczyków w fragmencie 13,15-16: „Przez niego więc nieustannie składajmy Bogu ofiarę pochwalną, to jest owoc warg, które wyznają jego imię. A nie zapominajcie dobroczynności i pomocy wzajemnej; takie bowiem ofiary podobają się Bogu”.

W Izraelu ofiarę całopalną składano w całości. Nie można było ofiarować połowy cielca, albo innego zwierzęcia z jakąkolwiek widoczną wadą. Pan Bóg chce od nas wszystkiego w całości. Nie chce połowicznych ofiar. Nie może przyjąć z naszego życia niczego, co nie będzie całkowitym oddaniem i uświęceniem. Ołtarz nie jest symbolem oznaczającym, że czynimy coś dla Boga. Jest symbolem tego, że żyjemy dla Pana Boga. Ołtarz, to życie wyłącznie dla Boga i miejsce naszego osobistego uwielbienia dla Niego. Tak, jak całopalenie składane na ołtarzu było miłą wonią dla Boga. Tak, nasze uwielbienie i modlitwa mają być wonnością przed Jego obliczem. Czytamy o tym w Księdze Objawienia 8,3-4: „I przyszedł inny anioł, i stanął przy ołtarzu, mając złotą kadzielnicę; i dano mu wiele kadzidła, aby je ofiarował wraz z modlitwami wszystkich świętych na złotym ołtarzu przed tronem. I wzniósł się z ręki anioła dym z kadzideł z modlitwami świętych przed Boga”.

Wreszcie trzeci etap budowy świątyni, to realizacja proroczej wizji Boga dla naszego życia. To czego szczególnie potrzebujemy w Bożym Kościele i naszym życiu chrześcijańskim, to proroczego głosu i zachęty w połączeniu z naszym posłuszeństwem Bożemu Słowu. Boże proroctwo niesie potencjał do budowania. Wyraźnie pisze na ten temat apostoł Paweł w 14. rozdziale 1. Listu do Koryntian. Proroctwo przynosi życie do Kościoła. Mówi o tym prorok Ezechiel w swojej Księdze 37,1-14. Pan Bóg powołał nas jako lud proroczy, objawiający Boże tajemnice. Pisze o tym w swoim nauczaniu Paweł w Liście do Kolosan 1,26-28, czy w 1. Liście do Koryntian 2,6-16.

Jeżeli chcemy widzieć Świątynię Pana w jej pełnej chwale, to jako Boży ludzie możemy i powinniśmy wziąć odpowiedzialność za nasze społeczności w Kościele Pana Jezusa Chrystusa, jako CIAŁA, którego jesteśmy częścią. Musimy dołożyć wszelkich starań, by każde nasze osobiste spotkanie z Panem oraz każde zgromadzenie Bożego ludu były miejscami, w których objawia się Boża obecność i Boża chwała. Porzućmy letniość i szukajmy Boga. Złóżmy nasze życie na ołtarzu, by Boży Duch manifestował się w nas w różnorodnych darach, szczególnie w proroctwie. Ta ofiara musi być dobrowolna i w pełni szczera. Pan Bóg nie zrezygnował ze SWOJEJ ŚWIĄTYNI. On zaplanował ją jako miejsce przepełnione JEGO CHWAŁĄ i uświęcone JEGO OBECNOŚCIĄ. Dołóżmy wszelkich starań, by umocnić nasze powołanie, które polega także na tym, aby nasze życie było ŚWIĄTYNIĄ BOGA ŻYWEGO.
 

Na zakończenie i bez zbędnego komentarza fragment Bożego Słowa, który jest jednocześnie zachętą, ale też zdecydowaną motywacją dla każdego z nas. Znajdujemy go w 1. Liście do Koryntian 3,16-17: „Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was? Jeśli ktoś niszczy świątynię Bożą, tego zniszczy Bóg, albowiem świątynia Boża jest święta, a wy nią jesteście”.

Bogdan Podlecki

środa, 15 czerwca 2016

Ziemia święta

Ziemia święta


W Internecie natknąłem się na tzw. "forum chrześcijańskie", gdzie dyskutowano na temat cudów w Biblii. Szczegółowym wątkiem dyskusji był "gorejący krzew" przy spotkaniu Mojżesza z Bogiem na pustyni. Wypowiedzi były różne. Od poważnych prób zrozumienia symboliki biblijnej, przez neutralne uzasadnienia botaniczno - fizyczne, np. samozapłon oparów olejków eterycznych, po kpiąco – wyszydzające, czy wręcz "wyżydzające", antyreligijne sformułowania. Jednak ciekawe było to, że niemal od początku wszyscy uczestnicy forum dali się sprowadzić na dyskusję tylko na temat krzewu. Wszyscy skupili się na krzaku! W walce na argumenty w dyskusji zagubił się Pan Bóg. Nie wspomnę już o człowieku – Mojżeszu. Jednak to jest takie naturalne, że skupiamy się na szczególe, a tracimy z oczu sedno, czyli obraz całości problemu. Nawet jeśli paliły się olejki eteryczne, to paliły się za sprawą Boga, który chciał skupić uwagę Mojżesza na SOBIE, wykorzystując do tego płonący krzew. W znanej biblijnej historii, to wielka ryba połknęła Jonasza. Powiem szczerze, że gdyby z jakichkolwiek Bożych względów w tej historii, to Jonasz miałby połknąć wielką rybę, to nie miałbym większych problemów z zaakceptowaniem tego przesłania. W moim życiu Pan Bóg dał mi łaskę do przełknięcia nie tylko wielkich, ale dla mnie olbrzymich konsekwencji mojego nieposłuszeństwa Bogu.

To, co chcę teraz powiedzieć jest dla ciebie, w jakimkolwiek miejscu dzisiaj stoisz, czy siedzisz. Mówię oczywiście o duchowym miejscu. Jeśli nawet teraz fizycznie siedzisz, to i tak w duchowy sposób musisz stanąć przed Świętym Bogiem. Słyszałem kiedyś zabawną historię. Pewien ojciec chciał przeprowadzić rozmowę dyscyplinującą z synem. Chcąc wyegzekwować posłuszeństwo powiedział: "może byś tak wstał od tego komputera, jak do ciebie mówię". Dziecko zareagowało ze strachu i wstało, ale pomyślało: "nawet jeśli wstałem, to i tak w myślach dalej siedzę i robię to, co chcę". Myślę, że to samo dotyczy naszej duchowej postawy przed Panem Bogiem. Stania przed Świętym Bogiem nie można udawać, bo to nie zadziała na dłuższą metę. Bóg patrzy na serce, a nie na fizyczną postawę. Zdecydowanie ważniejsze jest to, żeby w duchu zawsze stać przed Bogiem, czyli być w osobistej relacji z Panem Jezusem Chrystusem.

Przyjrzyjmy się biblijnej relacji Mojżesza, opisującej kluczowy moment jego spotkania z Bogiem. W 2. Księdze Mojżeszowej 3,5 czytamy: „Wtedy rzekł: Nie zbliżaj się tu! Zdejm z nóg sandały swoje, bo miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą”. Mojżesz był bezpośrednim uczestnikiem tego spotkania. Można powiedzieć, że przekazuje nam bardzo bliską relację z tej sytuacji. Pan Bóg mówi do Mojżesza: „nie zbliżaj się tu”. Moje zrozumienie jest takie, że Bóg mówi: "nie skupiaj się na szczegółowym oglądaniu płonącego krzewu, bo to nie jest aż tak ważne". Innymi słowy Mojżesz usłyszał to, że zdecydowanie ważniejsze jest to, żeby skupił się na miejscu swojego osobistego spotkania z Bogiem, czyli na miejscu, na którym teraz stoi. Ciekawe, że zrozumiał to przesłanie Szczepan. W swoim przemówieniu do Żydów zacytował ten fragment nieco inaczej. Czytamy o tym w Dziejach Apostolskich 7,33: „Pan zaś rzekł do niego: Zzuj obuwie z nóg swoich, bo miejsce, na którym stoisz, to ziemia święta”. Szczepan nie skupił się na momencie fascynacji Bożym cudem, ponieważ pominął fragment: "Nie zbliżaj się tu!". Podkreślił tylko to, co najważniejsze, czyli Bożą obecność i koszt przebywania w Bożej obecności. Spróbuj stanąć boso na bardzo gorącym piasku, czy gorących kamieniach. To boli. Szczepan wiedział o czym mówi, bo poniósł koszt Bożej obecności – został ukamienowany. Stał na swojej "ziemi świętej", na której miał osobiste spotkanie z Panem Bogiem. Informację o tym fakcie mamy w Dziejach Apostolskich 7,55: „On zaś, będąc pełen Ducha Świętego, utkwiwszy wzrok w niebo, ujrzał chwałę Bożą i Jezusa stojącego po prawicy Bożej”. To jest chyba jedyne miejsce w Biblii, gdzie czytamy, że Pan Jezus stoi po prawicy Bożej. Możemy to rozumieć w ten sposób, że Chrystus jest zainteresowany, czy wręcz podekscytowany faktem, gdy dobrowolnie ponosimy koszt Bożej obecności w naszym życiu, cokolwiek to oznacza w naszym osobistym spotkaniu z Panem. Jednak w wyniku poniesionego kosztu Bożej obecności w naszym życiu zawsze mamy pewność duchowego zysku.

Dzisiaj wielu wierzących, także tych z tzw. dużym stażem chrześcijańskim, ma problem z odróżnieniem Bożej obecności od manifestacji Bożej obecności. Boża obecność w nas, to nasza decyzja przyjęcia tego faktu przez wiarę. To odczucie obiektywne, czyli niezależne od naszych emocji. Czy to aktualnie odczuwam, czy też nie, to Bóg jest obecny w moim życiu. Natomiast manifestacja Bożej obecności, to odczucie subiektywne, czyli zależne od naszych emocji. W różnorodny, czyli mniej lub bardziej emocjonalny sposób przeżywamy manifestację Bożej obecności w danej chwili. Najpierw musi być osobista i bezwarunkowa decyzja o Bożej obecności w każdej dziedzinie naszego życia, potem wszyscy zobaczymy manifestację Bożej obecności w nas, czyli Boży cud, Boże uzdrowienie, czy Bożą przemianę. Bardzo dobrze, jak Boża przemiana obejmuje od razu każdą dziedzinę naszego życia, ale najczęściej dzieje się to dziedzina po dziedzinie – łaska za łaską. Bo wszystko w naszym życiu dzieje się z BOŻEJ ŁASKI.

Lekcją dla nas z tego osobistego spotkania Mojżesza z Bogiem jest to, żebyśmy nie skupiali się tylko na cudzie. Doświadczanie Bożych cudów jest ważne i motywujące. Jednak cud może być sposobem na to, byśmy skupili się na osobistej relacji z Bogiem. Spróbujmy nie skupiać się na szczegółach (płonącym krzewie), ale dostrzegać w tym Pana Boga, który chce mówić do naszego życia. Dotyczy to każdego z nas, w jakimkolwiek jesteśmy aktualnie miejscu naszego życia chrześcijańskiego. Pan Bóg mówi: „Mojżeszu miejsce na którym stoisz jest ziemią świętą”. Bóg raczej nie mówił tylko o miejscu, które dziś nazywamy Ziemią Świętą. Dokładne określenie miejsca spotkania Mojżesza z Bogiem jest dziś raczej trudne do ustalenia. Nie ma nawet pewności, że było to w obrębie tzw. "ziemi obiecanej". Przy zawieraniu przymierza z Abrahamem, Bóg powiedział w 2. Księdze Mojżeszowej 19,5: „A teraz, jeżeli pilnie słuchać będziecie głosu mojego i przestrzegać mojego przymierza, będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich ludów, bo moja jest cała ziemia”. Pan Bóg od początku mówił o całej ziemi, a nie tylko o terytorium, w którym miał zamieszkać naród wybrany.

Ziemia na której stanął Mojżesz stała się święta, bo była miejscem osobistego spotkania z Bogiem. Miejsce, na którym teraz jesteś może być ziemią świętą, jeśli zechcesz mieć teraz osobistą relację z Jezusem. Pan Bóg żyje w WIECZNYM TERAZ, więc to musi być "teraz", czyli w Bożym czasie. Nie możemy podejmować decyzji o tym, że zaczniemy od przyszłego poniedziałku. Sam wiem z mojego doświadczenia, że poniedziałek jest z reguły takim dniem, iż przekładam realizację swojej decyzji na wtorek. Często potem mam problem z ustaleniem na który wtorek. Miejsce, na którym jesteś będzie twoją ziemią świętą, jeśli zechcesz osobiście doświadczyć Bożej obecności w twoim życiu. Pamiętaj przy tym, że wszystko, co najcenniejsze w naszym życiu z Bogiem, w tym szczególnie zbawienie, dostajemy od Niego tylko po znajomości. Czyli tylko dzięki osobistej znajomości z Panem Jezusem Chrystusem. Ta znajomość z czasem powinna przekształcić się w przyjaźń, bo tylko w bliskiej relacji z Bogiem mogą nam zostać powierzone Jego tajemnice. Jednak Pan Bóg mówi do Mojżesza: „zdejmij z nóg sandały swoje”. Musimy ponieść cenę Bożej obecności, a to często boli. Pan Bóg mówi do każdego z nas, jakie ma oczekiwania w stosunku do osobistego spotkania z Nim. Wyraźnie pisze o tym apostoł Piotr w swoim 1. Liście 1,16: „ponieważ napisano: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.

Jeśli nie zdecydujesz się teraz szczerze stanąć w miejscu, w którym aktualnie jesteś, które może stać się twoją osobistą ziemią świętą, to wiedz, że nie ma ziemi niczyjej. Jest albo Królestwo Boże, albo królestwo szatana. Nie ma ziemi neutralnej. Nawet jeśli wydaje ci się, że panujesz nad sytuacją w miejscu, w którym aktualnie stoisz. To, albo jesteś pod Bożym autorytetem, albo jesteś pod autorytetem diabła. Pokusa niezależności dotyczyła Pierwszego Adama, jak i Ostatniego Adama, czyli Pana Jezusa Chrystusa. Pierwszy Adam utracił Boży autorytet, natomiast Jezus Chrystus odzyskał go dla każdego z nas. Jednak nie po to, byśmy wychodzili spod Bożego autorytetu. Podejmij decyzję dzisiaj, w miejscu, w którym jesteś i wejdź pod Boży autorytet. Dzisiaj możesz stanąć na twojej osobistej ziemi świętej. To może kosztować i pewnie poniesiesz cenę tej decyzji. Jednak uwierz, że warto, bo to jest decyzja, którą podejmujesz teraz z konsekwencjami na wieczność. W wyniku twojej decyzji osobistego spotkania z Bogiem możesz uzyskać pewność zbawienia. Jednak wiedz, że u Pana Boga nic nie uzyskasz bez znajomości. Bez osobistej znajomości z Panem Jezusem Chrystusem. Jeśli masz już poczucie pewności zbawienia, to każde spotkanie z Bogiem na osobistej ziemi świętej przyniesie odświeżenie w twoim życiu chrześcijańskim.

W Biblii czytamy, że tylko przy pierwszym osobistym spotkaniu na pustyni Pan Bóg musiał skupić uwagę Mojżesza na SOBIE za pomocą cudu "gorejącego krzewu". Potem Mojżesza już nie trzeba było zachęcać do spotkania z Bogiem. Sam chętnie przebywał w Bożej obecności w Namiocie Spotkania. Jego spotkania z Bogiem na osobistej ziemi świętej były wręcz inspiracją dla innych, w tym szczególnie dla jego duchowego syna Jozuego. Moim i twoim spotkaniem z Bogiem na osobistej ziemi świętej może być czas spędzony w komorze modlitwy. Tylko, jakim cudem będzie się musiał Pan Bóg posłużyć, żeby skupić całą naszą uwagę na SOBIE?

Bogdan Podlecki

czwartek, 9 czerwca 2016

Nie upadamy na duchu

Nie upadamy na duchu 

Przeczytajmy uważnie kluczowy dla tego artykułu fragment Bożego Słowa w 2. Liście do Koryntian 4,7-9: „Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas. Zewsząd uciskani, nie jesteśmy jednak pognębieni, zakłopotani, ale nie zrozpaczeni, prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani”. Uzupełnijmy go jeszcze o 16. werset: „Dlatego nie upadamy na duchu; bo choć zewnętrzny nasz człowiek niszczeje, to jednak ten nasz wewnętrzny odnawia się z każdym dniem”. O jaki skarb i o jakie naczynia chodzi w tym fragmencie? Kontekst jest w poprzednich dwóch wierszach, czyli w 2. Liście do Koryntian 4,5-6: „Albowiem nie siebie samych głosimy, lecz Chrystusa Jezusa, że jest Panem, o sobie zaś, żeśmy sługami waszymi dla Jezusa. Bo Bóg, który rzekł: Z ciemności niech światłość zaświeci, rozświecił serca nasze, aby zajaśniało poznanie chwały Bożej, która jest na obliczu Chrystusowym”.

My jesteśmy naczyniami glinianymi i mamy w sobie bezcenny skarb. Bóg tak chciał, żeby Jego najcenniejsze objawienie, czyli Pan Jezus Chrystus, był w nas, w kruchych naczyniach. Kiedyś w glinianych naczyniach przechowywano ważne dokumenty, które miały moc prawną, np. akty własności. Dzisiaj właśnie w nas złożone są najcenniejsze akty Bożej własności, w Biblii różnie nazwane, np. pieczęcią lub zadatkiem Ducha (2. List do Koryntian 1,22), czy rękojmią dziedzictwa (List do Efezjan 1,14). W opisie STWORZENIA czytamy, że Pan Bóg rozkazał, by światłość zaświeciła z ciemności. W NOWYM STWORZENIU, czy inaczej – w NOWYM PRZYMIERZU, ta światłość w wymiarze indywidualnym jest w nas. Natomiast w wymiarze zbiorowym, czy jak kto woli – zborowym jest w Kościele Pana Jezusa Chrystusa. Słowa naszego Pana wyraźnie wskazują, że podzielił się światłością ze swoimi uczniami i naśladowcami. Czytamy o tym w Ewangelii Jana 8,12: „A Jezus znowu przemówił do nich tymi słowy: Ja jestem światłością świata; kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość żywota”. Jeszcze wyraźniej mówi o tym Chrystus w Ewangelii Mateusza 5,14: „Wy jesteście światłością świata; nie może się ukryć miasto położone na górze”. Wy, czyli my. To są słowa skierowane do nas, jeżeli uważamy się za uczniów i naśladowców Pana Jezusa Chrystusa. Jednak Boża światłość w nas w jakimś momencie musi być odkryta, nie może być stale schowana. Jako naczynia musimy być gotowi na poddanie się rozbiciu, by Boża światłość była widoczna dla innych. 

W Starym Testamencie mamy pewien wyraźny obraz Bożej światłości w naczyniach i potrzeby ich stłuczenia. Znajdujemy go w historii Gedeona w Księdze Sędziów 7,16 i 19-20: „Potem podzielił tych trzystu mężów na trzy hufce, kazał im wszystkim wziąć do rąk trąby i puste dzbany oraz pochodnie do środka dzbanów. (…) Gdy tedy Gedeon wraz ze stu mężami, którzy byli z nim, dotarł na skraj obozu na początku środkowej straży nocnej - a właśnie rozstawiono straże - zadęli w trąby i rozbili dzbany, które mieli w rękach. Wtem zadęły w trąby trzy hufce i potłukli dzbany, pochwycili w swoje lewe ręce pochodnie a w prawe ręce trąby, aby zatrąbić i zawołali: Miecz dla Pana i dla Gedeona”. Gedeon otrzymał wyraźne instrukcje od Anioła Pana. Zapalone pochodnie, czyli Boża moc została ukryta w glinianych dzbanach, czyli w ludziach gotowych wypełnić Bożą wolę. Najbardziej słyszalnym efektem dla Midianitów nie był hałas potłuczonych naczyń, ponieważ większy efekt dawały odgłosy trąb i okrzyki bojowe. Tym, co poraziło przeciwnika było nagłe pojawienie się świateł pochodni, czyli Bożej mocy wcześniej ukrytej w dzbanach. Ta historia jest obrazem tego, że nie głosimy siebie, ale Bożą moc, która jest w nas.

Dlaczego Pan Bóg tak chciał, żeby Jego moc była w tak kruchych naczyniach? Moje zrozumienie jest takie, żebyśmy mieli zawsze świadomość, iż Boża moc nie jest z nas, ale w nas. A to jest istotna różnica. Pan Bóg dobitnie pokazał to apostołowi Pawłowi. Czytamy o tym w 2. Liście do Koryntian 12,8-9: „Lecz powiedział do mnie: Dosyć masz, gdy masz łaskę moją, albowiem pełnia mej mocy okazuje się w słabości. Najchętniej więc chlubić się będę słabościami, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusowa”. Jednak tym, co pozwala nam na przejście każdego doświadczenia jest BOŻA MIŁOŚĆ w nas. W 2. Liście do Tymoteusza 1,7 czytamy: „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i MIŁOŚCI, i powściągliwości. Moja osobista parafraza tego wersetu, to ''Pan Bóg dał nam MOC MIŁOŚCI w powściągliwości", czyli w dokonywaniu dobrych wyborów zgodnych z BOŻYM ZAKONEM MIŁOŚCI. Uwolnienie Bożej mocy może wymagać stłuczenia naczynia, a to boli. Jesteśmy żywymi naczyniami, więc to tym bardziej boli. Tak, jak to było w przypadku Pawła i jego tajemniczego "ciernia" oraz w wielu innych historiach biblijnych. Jedno z dynamicznych tłumaczeń fragmentu z 2. Listu do Koryntian 4,8-9, który przytoczyłem na początku tego artykułu, brzmi tak: „Osaczeni – ale nie bez wyjścia. Nie wiedzący, co zrobić – ale nie bez nadziei. Nękani przez diabła i jego sługi – ale nigdy nie porzuceni. Często powalani – ale nigdy wykończeni. To nie nasza, ale Boża moc pozwala zwyciężać i nie z nas, ale w nas jest moc do wytrwania w trudnościach. Ja jestem naczyniem, które w pewnych dziedzinach mojego życia, czasem chce być twarde i nie do rozbicia. Jak jest w twoim życiu wie Bóg i być może ty sam(a). Jednak Pan Bóg chce, żebyśmy zawsze i w każdej dziedzinie naszego życia byli gotowi na stłuczenie, czyli wyjście na zewnątrz z Bożym światłem. 

Oto kilka przykładów żywych naczyń, w których była Boża moc wraz z moimi krótkimi charakterystykami tych ludzi na podstawie relacji biblijnych. 

1. Eliasz. Nie dał się stłuc do końca. Pan Bóg polecił mu do wykonania trzy ważne namaszczenia: swojego następcy – Elizeusza, władcy Aramu – Chazaela i króla Izraela – Jehu. Wykonał tylko to pierwsze polecenie. Efekt – rozgoryczenie. Dlaczego? Być może zbyt twarda skorupa spowodowana zbytnim skupieniem się na swojej roli w spektakularnym Bożym zwycięstwie nad bożkami i ich prorokami. 

2. Jakub. Był naczyniem nie do stłuczenia do momentu bezpośredniego spotkania z Panem Bogiem. Kiedy pierwszy raz spotkał Boga we śnie, nazwał to miejsce – Betel, czyli Dom Boży. To oznacza, że jeszcze budował na swojej niezależności od Boga, widząc Go jako Pana na zewnątrz swojego życia. Kiedy po doświadczeniach spotkał się z Bogiem w tym samym miejscu, nazwał je – El Betel, czyli Bóg Domu Bożego. Jako Boże naczynie po stłuczeniu w walce z Bogiem, wreszcie zaczął budować na pełnej zależności od Niego, widząc Go jako Pana swojego życia.

3. Mojżesz. Początkowo dosyć twarde i samodzielne naczynie. Potem uległe i podatne na Boże stłuczenie. Wtedy Boża moc była widoczna w spektakularny sposób dla wielu narodów.

4. Józef, syn Jakuba. Przydatne naczynie poddające się stłuczeniom. Zrozumiał, że jego jego trudne doświadczenia służyły osiąganiu Bożych celów dla narodu wybranego.

5. Tomasz, zwany Bliźniakiem. Twarda skorupa z przewagą niedowiarstwa. Jednak w jego postępowaniu można dostrzec pewne elementy "praktycznej wiary". Kontrast pomiędzy jego wiarą i doświadczeniem posłużył Panu Jezusowi do przekazania lekcji błogosławieństwa "wiary bez widzenia".

6. Szymon Piotr. Jako Szymon – naczynie odporne na stłuczenie. Potem jako Piotr – skruszone i użyteczne naczynie dla Bożej chwały.

7. Ananiasz i Safira. Jeżeli było Boże światło w tych naczyniach, to nie zajaśniało na zewnątrz. Jako nierozbite naczynia musiały zostać zabrane na świadectwo dla innych.

8. Szczepan. Bardzo podatne na Bożą obróbkę i stłuczenie naczynie. Boże światło było szczególnie widoczne w momencie kiedy ponosił osobistą cenę swojego chrześcijaństwa. 

Dlaczego Pan Bóg dopuszcza do tłuczenia naczyń? To nam się wydaje, że nasza skuteczność będzie lepsza bez dodatkowych problemów w naszym życiu. Moim zdaniem, Bożą koncepcję na nasze życie można oddać słowami: Daj się stłuc, a zajaśnieje w tobie Chrystus. Problemy finansowe, niedomagania zdrowotne, prześladowania, a nawet załamania, czy inne trudności, mogą mieć na celu rozbicie naszej twardej skorupy. To, co nam się wydaje bezcelowe lub zbyt rozwlekłe w czasie, może być Bożą metodą postępowania z nami. Jednak zawsze musimy mieć świadomość tego, że Boże światło jest w nas. Często to my sami uważamy, że jesteśmy już zahartowanymi i nie do rozbicia naczyniami. Stłuczenie naczynia może być jedynym sposobem na uwolnienie Bożej mocy w naszym życiu. Rozbiciu naczynia musi towarzyszyć odrzucenie potłuczonych skorup, czyli naszych ambicji, planów nie zawsze zgodnych z wolą Bożą. Jesteśmy żywymi naczyniami, więc stłuczenie boli. Znany artysta, Michał Anioł powiedział kiedyś: "Im więcej stłuczonego marmuru, tym większe dzieło".

Ogień, jako zjawisko fizyczne, utrzymuje się w naczyniu wtedy, gdy nie jest ono szczelnie zamknięte. Płonąca pochodnia w glinianym dzbanie cały czas pobiera tlen z zewnątrz. Ogień wygasa w szczelnie zamkniętym naczyniu bez dopływu powietrza. Nie chcę powiedzieć, że Boży ogień może kiedykolwiek zgasnąć w naczyniu, w którym zapłonął. Jednak Słowo Boże mówi w 1. Liście Tesaloniczan 5,19: „Ducha nie gaście”. Musimy być otwarci na Boże zasilanie, by płomień był zawsze efektywny. Świat mówi: "nie pękaj", czy "bądź twardy". Jednak w Biblii czytamy inaczej brzmiące zachęty: "bądź cierpliwy", "bądź dzielny", "bądź czujny", czy "nie zatwardzaj serca". Możemy mówić innym, a nawet możemy wmówić sobie, że wierzymy w każde słowo w Biblii. Jednak tak naprawdę, to wierzymy tylko w to, co zastosujemy w posłuszeństwie w naszym życiu. 

Czy czujemy się kruchymi naczyniami gotowymi poddać się Bożemu rozbiciu w tych dziedzinach naszego życia, które nie są jeszcze pod Bożą światłością? Czy jednak w pewnych dziedzinach uważamy się za zahartowane naczynia nie do rozbicia? Spróbujmy na koniec odpowiedzieć na pytanie zadane w kluczowym dla tego rozważania fragmencie: Dlaczego nie upadamy na duchu? Odpowiedź możemy znaleźć w tym samym wersecie w 2. Liście do Koryntian 4,16: „Dlatego nie upadamy na duchu; bo choć zewnętrzny nasz człowiek niszczeje, to jednak ten nasz wewnętrzny odnawia się z każdym dniem”. Nasz Pan jest Bogiem wielu szans na poddanie się przemianie i stłuczeniu jako naczynia dla Bożych celów. Tylko, czy my zawsze dajemy Panu Bogu naszą zgodę na przemianę po to, aby właśnie przez nasze życie była widoczna Jego moc?

Bogdan Podlecki

sobota, 4 czerwca 2016

Mieć w nienawiści

Mieć w nienawiści 

W Ewangelii Łukasza 14,26 znajdujemy słowa Pana Jezusa Chrystusa: Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nawet i życia swego, nie może być uczniem moim. Oczywiście większość interpretatorów Biblii widzi tu tzw. "figurę stylistyczną" w postaci "kontrastu" dla podkreślenia wagi świadomego uczniostwa Chrystusa. I pewnie tak jest. Jednak możemy mówić o co najmniej dwóch sposobach wyrażania nienawiści.
1. "Nienawidzić" – to jest doraźne lub długotrwałe uczucie, czyli emocja przeciwna do "kochać".
2. "Mieć w nienawiści" – to jest stan emocjonalny, w którym ktoś trwa z własnego wyboru.
Dla porównania. Można być kibicem danej drużyny, który także "nienawidzi" jak jego drużyna przegrywa. Jednak nie powinno się być tzw. "kibolem", czyli fanatykiem nienawidzącym wszystkich innych, w tym także kibiców.

W oryginale greckim zwrot "ma w nienawiści" występuje w znaczeniu "jest w stanie nienawiści do postawy duchowej manifestującej się w zmysłach, w tym także w uczynkach" w stosunku do ojca, matki, żony, dzieci, braci, sióstr, a nawet swojego życia. Więc w tym oryginalnym znaczeniu raczej nie chodzi o nienawiść do osoby, ale o stan nienawiści do "innego ducha", który nie jest z Boga. Można powiedzieć, że to oznacza "mieć w nienawiści ducha, który stoi za postawą tej osoby" lub "mieć w nienawiści swoje życie, czyli swoją złą postawę duchową".

W grece nowotestamentowej są trzy określenia na słowo "życie".
1. "Zoe" – w znaczeniu "życie ducha", czyli "człowiek duchowy".
2. "Psyche" – w znaczeniu "życie duszy", czyli "człowiek zmysłowy".
3. "Bios" – w znaczeniu "życie ciała", czyli "człowiek cielesny".
Można nawet powiedzieć, że te trzy znaczenia określają jednocześnie trzy poziomy życia człowieka. Także te trzy określenia człowieka znajdujemy w Biblii. 
1. "Człowiek duchowy", np. w 1. Liście do Koryntian 2,15. 
2. "Człowiek zmysłowy", np. w 1. Liście do Koryntian 2,14. 
3. "Człowiek cielesny", np. w 2. Liście do Koryntian 10,4.

W naszym kluczowym fragmencie jest użyte "mieć w nienawiści swoje życie [psyche]", czyli "życie duszy" lub inaczej "zmysły". Taki kontekst nadaje specyficzne znaczenie temu fragmentowi. To nie znaczy, że mamy nienawidzić członków rodziny, jako osoby, czy swoje życie, jako ciało. To oznacza, że mamy mieć w nienawiści innego ducha, czyli demona, który stoi za "zmysłami tych osób", czy też za "naszymi zmysłami". Innymi słowy mamy mieć w nienawiści ducha, który kontroluje zmysły innych ludzi lub nasze zmysły. Natomiast nie powinniśmy nienawidzić członków swojej rodziny lub nawet samego siebie. Dla przykładu – symptomem choroby, moim zdaniem duchowej, zwanej anoreksją jest "nienawiść do swojego ciała". Nie chcę popaść w pychę, ale wydaje mi się, że ta choroba mi nie grozi, ponieważ kocham moje ciało, a nawet jego nadmiar. Taki żarcik oczywiście … .

Kompatybilny werset do kluczowego dla tego rozważania fragmentu jest w Liście do Efezjan 6,12: „Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich”. Jakie wnioski z obu tych fragmentów? Bóg kocha nas miłością "agape", czyli bezwarunkową. Jednak Bóg jest DUCHEM, więc kocha "w duchowy sposób". W naturze BOGA nie ma sprzeczności. ON JEST MIŁOŚCIĄ, ale też jest w NIM "duchowa nienawiść". Tak, jak o Panu Jezusie Chrystusie czytamy w Biblii, że jest BARANKIEM, ale też jednocześnie i LWEM. Bóg kocha każdego człowieka, który jest narkomanem, ale nienawidzi ducha śmierci, który stoi z narkomanią. Pan Bóg kocha każdego homoseksualistę, ale nienawidzi ducha wszeteczeństwa, który za tym stoi. Walczymy z duchowymi zwierzchnościami przeciwnymi Bogu i JEGO ''koronie stworzenia'', czyli ludziom. To jest wojna duchowa o życie ludzi.

Pan Jezus Chrystus powiedział w Ewangelii Łukasza 12,51-53: Czy myślicie, że przyszedłem, by dać ziemi pokój? Bynajmniej, powiadam wam, raczej rozdwojenie. Odtąd bowiem pięciu w jednym domu będzie poróżnionych; trzej z dwoma, a dwaj z trzema; będą poróżnieni ojciec z synem, a syn z ojcem, matka z córką, a córka z matką, teściowa ze swą synową, a synowa z teściową. Chciałoby się powiedzieć, że nie trzeba przyjścia Chrystusa, żeby poróżnić synową, czy też zięcia z teściową, czy teściem. Jednak z wrodzonej skromności nie rozwinę tego wątku … . W tym fragmencie ewidentnie nie chodzi o konflikt "osobowy", ale o "wojnę duchową" na tle dobrowolnego podporządkowania swojego życia Chrystusowi.

Streszczenie "Bożego Prawa", np. Dekalogu jest w słowach Jezusa w Ewangelii Mateusza 22,37-39: A On mu powiedział: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Z tego fragmentu, w części dotyczącego miłości do człowieka wynika, że nie można prawdziwie kochać innego człowieka, nie kochając samego siebie. Więc także nie jest możliwe kochać członków swojej rodziny mając w nienawiści samego siebie. Każde przebaczenie innej osobie musi rozpocząć się od przebaczenia sobie, czyli akceptacji siebie. Wbrew pozorom trwanie w ''nienawiści do siebie'' jest zachowaniem egocentrycznym, czyli po prostu pychą. Tu chodzi o osobiste przyjęcie Bożego objawienia z Księgi Jeremiasza 29,11: Albowiem ja wiem, jakie myśli mam o was - mówi Pan - myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją. To się wydaje oczywiste, ale nie dla wszystkich. Bóg przebaczył tobie wszystko, co zostało MU przez ciebie szczerze wyznane. Więc musimy "wybaczyć sobie", by w MOCY BOŻEGO ZMARTWYCHWSTANIA wkroczyć do życia wiecznego już tu i TERAZ, a nie kiedyś i gdzieś tam. TERAZ, czyli w BOŻYM WIECZNYM TERAZ, bo dla Pana Boga zawsze jest DZISIAJ dla podjęcia dobrych decyzji w naszym życiu. Wieczność dla nas może rozpocząć się już DZISIAJ. Brak przebaczenia sobie, a przez to i innym jest blokadą w życiu w BOŻEJ MOCY w naszym osobistym i społecznym chrześcijaństwie.

Jedno z dynamicznych tłumaczeń zwrotu "mieć w nienawiści", to "nie zgadzać się na to, by miało to zły wpływ na moje życie duchowe z Bogiem". Coś w tym jest, co zapewne przeżywamy na co dzień. Podsumowując to rozważanie. Nie miej do siebie wyrzutów o to, że nienawidzisz duchowej postawy, jaką widzisz w najbliższych, czy nawet w sobie, bo to jest normalny stan niezgadzania się na taki "stan duchowy". Diabeł wyspecjalizował się w manipulowaniu uczuciami, w tym także współczuciem, czy litością. Wykorzystuje nawet emocje najbliższych ci osób, żeby zaburzyć nasze życie duchowe. Jednak odróżniaj duchową "nienawiść", czyli brak twojej zgody na to, że tak samo źle ma być w twoim życiu duchowym od negatywnych uczuć do tej osoby. To, co mówił Chrystus w naszym kluczowym fragmencie, czyli "mieć w nienawiści", to jest jedyna "dobra nienawiść", która może być początkiem dobrej zmiany w naszym życiu z Bogiem lub osoby, na której "zły duchowy stan" nie zgadzamy się. Konflikt duchowy jest i będzie na tym świecie, czy tego chcemy, czy też nie. Jednak w tym konflikcie chodzi o "nienawiść do ducha, który za tym stoi", a nie o nienawiść do osoby, która ze swojego stanu duchowego zdaje sobie sprawę, czy też nie.

Bogdan Podlecki

piątek, 13 maja 2016

Prawdziwa, a fałszywa pokora cz. 2

Prawdziwa, a fałszywa pokora cz. 2 

Ten artykuł jest o prawdziwej i fałszywej pokorze w kontekście historii o "pokorze Boga" wobec "pysznego człowieka" z 13. rozdziału Ewangelii Jana. Kilka myśli z 1. części tego rozważania. W 21. wersecie czytamy: „Po tych słowach Jezus, wstrząśnięty do głębi, oświadczył, mówiąc: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie wyda”. Zrozumienie tego fragmentu może być takie, że aby umyć komuś nogi, to trzeba się co najmniej nachylić lub nawet przyklęknąć przed tym kimś. Każdy z uczniów zobaczył klęczącego Syna Bożego przed sobą, czyli pysznym człowiekiem. To musiało być wstrząsające przesiewanie pychy z serca każdego z nich. Jednak to Jezus był wstrząśnięty do głębi tym, że pokora Boga nie była w stanie oczyścić z pychy serca człowieka. W 10. wersecie naszego kluczowego fragmentu czytaliśmy: „Rzecze mu Jezus: Kto jest umyty, nie ma potrzeby myć się, chyba tylko nogi, bo czysty jest cały. I wy czyści jesteście, lecz nie wszyscy”? Zdecydowanie chodzi tu o czystość duchową, symbolicznie przedstawioną za pomocą wschodniego zwyczaju umycia nóg gościowi przekraczającemu progi domostwa, czy namiotu. Tym bardziej, że greckie słowo "katharos", które zostało przetłumaczone w tym wersecie jako "czysty" ma oryginalne znaczenie "oczyszczony". Podstawowym znaczeniem tego słowa jest "oczyszczenie umysłu", a w kategoriach moralnych – "oczyszczenie duszy", natomiast w kategoriach religijnych – oczyszczenie, w sensie odrodzenie ducha. Greka nowotestamentowa ma zupełnie inne określenie – "leloumenos" na "tego, który jest umyty", czyli "czysty na ciele". W 10. wersecie naszego kluczowego fragmentu są użyte oba te słowa dla kontrastu. Na tłumaczenie: „Kto jest umyty” użyto słowa "leloumenos", czyli "czysty na ciele". Na tłumaczenie: „czysty jest cały” użyto słowa "katharos", czyli "oczyszczony na duszy". To oznacza, że w duchowym sensie "być umytym", nie zawsze jest równoznaczne z "być czystym".

Umycie nóg nie jest ceremonią, ale symbolem oczyszczenia, w sensie odnowienia ducha człowieczego dla Bożych celów poprzez uniżenie przed drugim człowiekiem. W tamtych czasach zwyczaj umycia komuś nóg był po prostu okazaniem grzeczności i szacunku, czyli można powiedzieć był "duchowy" na tle kulturowym. Słowa Jezusa wzywające do wzajemnego umywania nóg są raczej zdecydowaną zachętą do służenie sobie nawzajem w miłości, choćby w najprostszy przyjęty w danej sytuacji i kulturze sposób. Umycie nóg jest obrazem prawdziwej pokory wyrażonej w zwykły sposób, czyli zgodny z aktualnymi uwarunkowaniami kulturowymi. Żadnemu z uczniów podczas "ostatniej wieczerzy" nie nasunęła się myśl umycia nóg Chrystusowi. Okazuje się, że jako chrześcijanie jesteśmy zdolni do okazania samolubstwa nawet w miłości. Ponieważ sprawia nam trudność rozeznanie swojego własnego serca, to powinniśmy być bardzo powściągliwi w ocenianiu serc i intencji innych osób. Powinniśmy raczej okazywać zbyt wielkie miłosierdzie, czy nawet nadmierną pobłażliwość, niż mielibyśmy drugiego człowieka potępić za to, co on robi lub czego nie robi. Nasze, czy czyjeś "święte oburzenie" nie rozwiąże problemu przyjęcia lub nie przyjęcia objawienia życia w wolności dzieci Bożych. Ta sytuacja w historii o "umyciu nóg" przedstawia nam smutną prawdę, o której mówi Biblia w Księdze Przypowieści Salomona 4,23: „Czujniej niż wszystkiego innego strzeż swego serca, bo z niego tryska źródło życia!”. Jaka może być definicja serca ludzkiego w tym kontekście? To duchowe miejsce, gdzie mieszają się nasze i zewnętrzne myśli z naszymi emocjami. Serce ludzkie jest zwodnicze i potrzebuje nieustannego i uważnego czuwania, bo w przeciwnym wypadku, czyli, np. gdy poddamy się tylko emocjom, to pod płaszczykiem dobrych motywacji mogą być pielęgnowane także i złe uczucia. Zasadą, która wynika z całego nauczania Biblii jest to, że jeżeli złe myśli i emocje są rozpoznane, czy nawet zdemaskowane, to muszą być natychmiast usunięte z naszego umysłu i serca. Moim zdaniem nie ma dobrych, czy złych emocji. Problemem jest wyrażanie lub nie wyrażanie naszych emocji w dobrej, czy w złej sprawie. Prawdziwa i fałszywa pokora jest w nas i powoduje w nas rozdwojenie. Indianie opowiadają bajkę o dwóch wilkach, dobrym i złym żyjących w człowieku. Ten rośnie i dominuje, którego karmimy. Coś w tym jest. Zakończyłem 1. część tego rozważania fragmentem bez komentarza, który właśnie o takim rozdwojeniu mówi z Listu Jakuba 4,8: „Zbliżcie się do Boga, a zbliży się do was. Obmyjcie ręce, grzesznicy, i oczyśćcie serca, ludzie o rozdwojonej duszy”. Jednak w tym fragmencie jest też wskazany jedyny sposób, w jaki można wyjść z takiej sytuacji rozdwojenia – zbliżyć się do Boga.


Idziemy dalej, chociaż może właściwsze będzie określenie: "idziemy głębiej". Z prawdziwą pokorą możemy iść dalej w naszym osobistym chrześcijaństwie. Natomiast fałszywa pokora, czy jak kto woli – pycha, zagnieżdża się w nas głęboko i trzeba też głęboko sięgać, żeby ją stamtąd wygonić. Trudno jest powiedzieć, co wtedy miał na myśli Chrystus, gdy zaczął przygotowania do umycia nóg swoim uczniom. Może pozwolił na to, aby ta sprawa doszła aż do takiej prowokacji, by zobaczyć czy który z Jego uczniów wykorzysta sposobność stania się sługą wszystkich. W tłumaczeniu Biblii Warszawskiej czytamy: „(4) wstał od wieczerzy, złożył szaty, a wziąwszy prześcieradło, przepasał się. (5) Potem nalał wody do misy i począł umywać nogi uczniów i wycierać prześcieradłem, którym był przepasany”. To by sugerowało, że Jezus czekał z umyciem nóg aż do chwili, gdy wieczerza już zaczęła się lub nawet do jej zakończenia. Ciekawe jest jednak to, że w tekście nie znajdujemy informacji o umyciu nóg Jezusowi. W wyniku tej sytuacji, to Chrystus umył nogi tylko swoim uczniom. Jedynie w pełni CZYSTY BÓG może naprawdę oczyścić człowieka. Myślę, że objawienie tego faktu miał Piotr domagając się umycia nie tylko swoich nóg, ale także rąk i głowy. Można sobie wyobrazić przerażenie uczniów, gdy przyglądali się przygotowaniom, a później jak Jezus przechodził od jednego do drugiego i umywał ich nogi. Ówczesny sposób mycia nóg różnił się od dzisiejszego. Nogi były polewane wodą z dzbana i wycierane, ponieważ nie tyle chodziło o umycie, ile o opłukanie z kurzu i o ochłodzenie. Miednicy używano tylko po to, aby do niej spływała z nóg brudna woda. Na marginesie, być może inaczej też wyglądało "siedzenie" przy stole – jeżeli to było na sposób rzymski, czyli w pozycji półleżącej, to nóg do miski w ogóle nie wkładano. To, co zrobił Chrystus mogło być takim niemym zwróceniem uwagi uczniom na zaniechanie, którego dopuścili się w Jego obecności. To zaniechanie, dotyczyło dwóch aspektów. Po pierwsze – nie umycia nóg Chrystusowi, czyli nie powitania i nie wywyższenia Boga wśród ludzi. Po drugie – nie umycia nóg jedni drugim, czyli wywyższania się jednych nad drugimi. Biblia jednoznacznie określa zaniechanie jako grzech w Liście Jakuba 4,17: „Kto więc umie dobrze czynić, a nie czyni, dopuszcza się grzechu”.

Z opisu w naszym kluczowym fragmencie wynika, że Piotr nie był pierwszy w kolejce do mycia. Natomiast wszyscy, którzy go poprzedzali w tej kolejce zachowali milczenie. Gdy Jezus podszedł do Piotra, to jego emocjonalna reakcja jest dwustopniowa. Najpierw mówi: (6) Panie, Ty miałbyś umywać moje nogi?A następnie: „Przenigdy nie będziesz umywał nóg moich!”. To oburzenie Piotra mogło być spowodowane tym, że bardzo poważał Pana, aby Mu pozwolić na tę usługę. Piotr z natury miał więcej śmiałości i odwagi niż inni uczniowie, więc to mogło pobudzić go do zaprotestowania. Chyba jednak nie było to do końca szczere. Sam to wiem czasem po moich reakcjach. Gdy zaniedbuję czegoś zrobić, co powinno być raczej zrobione i ktoś to robi w mojej obecności, to też czasem reaguję buntem. Odpowiedź Jezusa też była dwustopniowa. Najpierw powiedział: „(7) Co Ja czynię, ty nie wiesz teraz, ale się potem dowiesz”. A potem: „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał działu ze mną”. Łącząc te dwie emocjonalne wypowiedzi Piotra z dwiema odpowiedziami Jezusa możemy wnioskować, że Piotr nie rozumiał, jak mycie nóg miało mu zapewnić "dział z Panem". Na marginesie "dział" jest odpowiednikiem współczesnego zwrotu "mieć udział w czymś". A może bardziej poprawnie należałoby powiedzieć: "mieć udział w KIMŚ", jeżeli ten KTOŚ jest BOGIEM. Zaskakujące jest to, że Piotr odpowiedział od razu: „(9) Panie, nie tylko nogi moje, lecz i ręce, i głowę”. Parafrazując jego słowa, on powiedział: "Oczyść mnie całego, nie tylko nogi, bo chcę mieć jeszcze większy udział w TOBIE, niż tylko rytualny!". Ciekawa jest odpowiedź Jezusa: „(10) Kto jest umyty, nie ma potrzeby myć się, chyba tylko nogi, bo czysty jest cały. I wy czyści jesteście, lecz nie wszyscy”. W kontekście poprzedniej odpowiedzi: „(7) Co Ja czynię, ty nie wiesz teraz, ale się potem dowiesz”, ta odpowiedź nabiera innego znaczenia. Każdy musi być oczyszczony, zanim może mieć dział z Chrystusem. W przypadku uczniów dotyczyło to uczestnictwa w Jego cierpieniach, a w przyszłości w Jego Chwale. Pamiętajmy, że dziesięciu z nich zginęło śmiercią męczeńską. Wyjątkami byli Jan, który prawdopodobnie zmarł w Efezie śmiercią naturalną i Judasz – w wyniku śmierci samobójczej.
 
Wszyscy musimy być oczyszczeni zanim możemy być członkami Ciała Chrystusa, czyli Jego Kościoła. Prawdziwy Kościół Pana Jezusa Chrystusa tworzą ludzie w pełni nawróceni i oczyszczeni do wypełniania Bożej woli. Można powiedzieć, że Pan Jezus Chrystus udzielał bardzo poważnej lekcji duchowej polegającej na tym, że z natury nikt nie nadaje się do Królestwa Bożego bez oczyszczenia w uniżeniu przed Bogiem. I tego problemu nie rozwiązuje ceremonia umycia nóg. Przez praktyczną lekcję uniżenia się Boga przed pysznym człowiekiem, Chrystus pokazał uczniom jakie powinni mieć usposobienie jedni przed drugimi. Ta lekcja polegała na tym, że bez względu na to, czy umycie było konieczne, czy też nie, to wszyscy uczniowie Chrystusa powinni być zawsze gotowi uczynić wszystko, co należy do obowiązków sługi Bożego w praktyczny sposób względem każdego bliźniego. Nie może tu być mowy o ustanowieniu ceremonii "umywania nóg", ponieważ ta czynność już wcześniej była praktykowana jako użyteczna i zwyczajowa. Musimy pamiętać, gdzie to wydarzenie miało to miejsce. Czyli jakie były uwarunkowania klimatyczne i kulturowe. Izrael, to jest rejon, gdzie bezpośrednio oddziałuje kultura bliskowschodnia. Tam zima trwa ok. 3 miesiące i nawet wtedy temperatura rzadko kiedy spada poniżej zera. W większości kraju klimat jest suchy, a nawet w niektórych rejonach pustynny. Wtedy noszono sandały, więc nogi łatwo ulegały zbrudzeniu nawet przy niedalekiej podróży. Więc wymagały częstszego umycia i ochłody. Np. w gospodach zatrudniano specjalnych służących, których obowiązkiem było usługiwać gościom, a także myć im nogi, nie tylko dla zwyczaju, ale dla wygody i ochłody strudzonych podróżnych. To była usługa, którą często wykonywali niewolnicy w domach bogatszych ludzi. Dlatego Jezus posłużył się taką usługą dla przykładu, aby pokazać uczniom, że wszyscy, którzy mają być członkami JEGO CIAŁA, czyli Kościoła Pana Jezusa Chrystusa powinni się uniżyć jedni przed drugimi.
 
Pan Jezus raczej nie uczynił tego w celu ustanowienia obowiązującej wszystkich wierzących ceremonii. Była to rzecz w owym czasie zwykła i potrzebna. Świadczy też o tym przypadek nierządnicy, która umyła Mu stopy swoimi łzami. Słowa Jezusa pochwalające jej czyn, czyli umycie mu stóp były jednocześnie wyrzutem wobec faryzeusza Szymona – gospodarza przyjęcia, na które wdarła się nieproszona nierządnica. W Ewangelii Łukasza czytamy: „I zwróciwszy się do kobiety, powiedział Szymonowi: Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twojego domu, a nie dałeś wody dla nóg moich; ona zaś łzami skropiła nogi moje i włosami swoimi wytarła”. Dla uczestników tego przyjęcia, to też była prawdziwa lekcja pokory. Ta nierządnica poświęciła Chrystusowi dwie cenne rzeczy: olejek i swoje łzy. Wygląda na to, że Jezus docenił bardziej jej łzy jako lekcję pokory dla innych. Jezus wykorzystał sytuację "umycia nóg uczniom" do przekazania lekcji prawdziwej pokory. Obecnie tego rodzaju usługa nie jest potrzebna, ponieważ nosimy obuwie osłaniające całą nogę. Postępowanie Jezusa jest lekcją prawdziwej pokory dla każdego. Lekcją dla nas jest to, że powinniśmy być chętni służyć każdemu, gdziekolwiek mamy ku temu okazję, a nie stawiać siebie w roli przeznaczonych do posług "godniejszych" nas.
 
Ciekawe, że nie ma żadnej wzmianki w Biblii o tym, że mycie nóg było kiedykolwiek praktykowane jako ceremonia. Jest jednak wzmianka o tym, że było to zwyczajem w Palestynie. W 1. Liście do Tymoteusza 5,10 mamy wymienione pożądane cechy wdowy: „mająca dobre imię z powodu szlachetnych uczynków: że dzieci wychowała, że gościny udzielała, że świętym nogi umywała, że prześladowanych wspomagała, że wszelkie dobre uczynki gorliwie pełniła”. Jak widać posługa "umywania nóg świętym" była traktowana jako jeden z wielu dobrych uczynków. Co raczej miało oznaczać, że jeśli wdowa pokazała usposobienie służenia świętym, nawet w tej najniższej usłudze umywania nóg, to taką kobietę apostoł Paweł zalecał mieć w szczególniejszej opiece, bo okazała dobrego i prawdziwego ducha pokory. W niektórych kościołach chrześcijanie przyjęli umywanie nóg jako religijną ceremonię. Nauczyciele, np. z kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, czy innych denominacji powołują się na tradycję tzw. "obrzędu pokory", który rzeczywiście towarzyszył chrztom wodnym od pierwszych wieków chrześcijaństwa. No cóż, nie nam to osądzać. Wykład apostoła Pawła, także w odniesieniu do tego tematu znajdujemy w 14. rozdziale Listu do Rzymian. Bez zbędnego komentarza przytoczę tylko trzy fragmenty z nauczania o "różnorodnych sposobach okazywaniu pobożności". W 10. wersecie czytamy: „Ty zaś czemu osądzasz swego brata? Albo i ty, czemu pogardzasz swoim bratem? Wszak wszyscy staniemy przed sądem Bożym”. Rozwinięcie tej myśli mamy w 12. i 13. wersecie: „Tak więc każdy z nas za samego siebie zda sprawę Bogu. Przeto nie osądzajmy już jedni drugich, ale raczej baczcie, aby nie dawać bratu powodu do upadku lub zgorszenia”. Wreszcie podsumowanie tego wątku mamy w 22. wersecie: „Przekonanie, jakie masz, zachowaj dla siebie przed Bogiem. Szczęśliwy ten, kto nie osądza samego siebie za to, co uważa za dobre”. Biblia opisuje tylko to jedno "umywanie nóg" w 13. rozdziale Ewangelii Jana. Więc jest bardzo wątpliwe, aby było ono praktykowane publicznie w pierwotnym kościele chrześcijańskim pod przywództwem apostołów, oprócz tego opisanego przypadku z udziałem Jezusa. Jednak udział w nim Pana Jezusa Chrystusa wskazuje na wagę duchowej lekcji, którą wszyscy powinniśmy wziąć z tego wydarzenia.
 
Boże przykazanie "nie zabijaj" nabrało głębszego znaczenia, niż tylko to, aby nie odbierać drugiemu człowiekowi życia po wykładzie Chrystusa, np. w Ewangelii Mateusza 5,21-22: „Słyszeliście, iż powiedziano przodkom: Nie będziesz zabijał, a kto by zabił, pójdzie pod sąd. A Ja wam powiadam, że każdy, kto się gniewa na brata swego, pójdzie pod sąd, a kto by rzekł bratu swemu: Racha, stanie przed Radą Najwyższą, a kto by rzekł: Głupcze, pójdzie w ogień piekielny”. Podobnie i umycie nóg uczniom miało głębsze znaczenie i można nawet powiedzieć, że ma formę "przykazania Pańskiego". To przykazanie uczy tego, że członkowie Ciała Chrystusa powinni wzajemnie dbać o dobro jedni drugich w czystości i świętości. Powinni sobie wzajemnie pomagać w pokonywaniu przeszkód, pokus, jakie przychodzą ze strony świata, ciała i diabła. Więc jeśli inne przykazania zachowujemy niekoniecznie literalnie, czy też ceremonialnie, to także to "przykazanie pokory" powinniśmy zachowywać na co dzień. Przykazania "czcij ojca swego i matkę swoją" raczej nie przestrzegamy literalnie oddając im hołd, ale przez okazywanie miłości i szacunku na co dzień lub co najmniej "od święta". Na marginesie, jeżeli mamy problem z tym pierwszym przykazaniem z obietnicą, to pamiętajmy, że działa ono w relacji zwrotnej rodzice – dzieci. Czytamy o tym w Liście do Efezjan 6,1-4: „Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom swoim w Panu, bo to rzecz słuszna. Czcij ojca swego i matkę, to jest pierwsze przykazanie z obietnicą: Aby ci się dobrze działo i abyś długo żył na ziemi. A wy, ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu dzieci swoich, lecz napominajcie i wychowujcie je w karności, dla Pana”. Tak samo powinno być z przestrzeganiem "przykazania pokory". Tylko w miarę na ile sami okazujemy owoce Ducha: pokorę, dobroć, cierpliwość, braterską uprzejmość, miłość, itp., na tyle możemy być pomocą innym ludziom w "wyzbywaniu się zmaz ciała i świata". To każdy z nas indywidualnie potrzebuje nabyć kwalifikacji, zanim możemy być pomocnymi innym w tym względzie. Więc najlepszą drogą do tego nie jest ceremonia, ale codzienność służenia jedni drugim w praktyczny sposób. Starszej osobie bardziej przydatna jest pomoc w codziennych trudnościach, niż zaproszenie jej na ceremonię "umycia nóg".
 
Przykładem prawdziwej pokory, także w nauczaniu świadectwem swojego przemienionego życia może być każdy, nie tylko nauczyciel. Możemy zawsze pomagać innym w oczyszczaniu ich życia, tak aby ich myśli, słowa i czyny były zgodne z wolą Bożą. Jednak skuteczność duchowego oddziaływania na ich życie będzie wtedy, gdy sami postępujemy według tych standardów. Prawdziwe znaczenie tego, co czytaliśmy w 1. Liście do Tymoteusza 5,10, czyli "umywania nóg świętym" jest tylko wtedy, gdy pielęgnujemy czystość myśli, słów i czynów we własnym postępowaniu i gdy przyswajamy sobie różne owoce Ducha w prawdziwej pokorze. Jeżeli prawdziwa pokora sprzyja uwalnianiu w nas darów i owoców Ducha Świętego, to musimy mieć też świadomość, że istnieje fałszywa pokora. Takowa przejawia się, np. "pokornym zachowaniem" na pokaz. Jednak konfrontacja z Bożym Duchem demaskuje takie zachowania. Dlaczego? Ponieważ Chrystus jest PRAWDĄ. Więc każdy fałsz i obłuda są prędzej, czy później demaskowane. Okazanie prawdziwej pokory powoduje to, że ludzie, którzy by nie przyjęli nawet słusznej krytyki ich postępowania lub życzliwej zachęty do dobrych zmian w swoim życiu, mogą okazać się bardzo uległymi wpływom takiej osoby, gdy zbliży się ona do nich ze szczerym objawem miłości i pokory. Jednak w przypadku fałszywej pokory nie nastąpią trwałe zmiany u ludzi, którym chcemy usłużyć nawet poprzez "umycie nóg". Znakiem rozpoznawczym prawdziwej lub fałszywej pokory jest czytelne dla ludzi, którym usługujemy prawdziwe świadectwo naszego życia. Każdy fałsz będzie zdemaskowany w konfrontacji z Bożym Duchem. Tylko ci, którzy chcą i umieją sympatyzować z innymi ludźmi, także wierzącymi mają najlepsze powodzenie, także w pomaganiu członkom Kościoła Pana Jezusa Chrystusa.
 
Tylko prawdziwa pokora i współczucie uwalniają Bożą moc do pomocy w uwolnieniu się z różnych sideł i trudności, jakie przychodzą na lud Boży w obecnym czasie. To właśnie jest prawdziwa i ponadczasowa, a więc i współczesna odpowiedź na wezwanie Pana Jezusa Chrystusa, które mamy w kluczowym dla tego rozważania fragmencie w Ewangelii Jana 13,14-17: „Jeśli tedy Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem nogi wasze, i wy winniście sobie nawzajem umywać nogi. Albowiem dałem wam przykład, byście i wy czynili, jak Ja wam uczyniłem. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Sługa nie jest większy nad pana swego ani poseł nie jest większy od tego, który go posłał. Jeśli to wiecie, błogosławieni jesteście, gdy zgodnie z tym postępować będziecie”. Tak, jak czytamy w ostatnim zdaniu powyższego fragmentu, raczej chodzi tu o "zgodność myśli, słów i uczynków", czyli prawdziwe, a mniej ceremonialne świadectwo naszego przemienionego życia. Popularne powiedzenie, że "przykład idzie z góry" jest bardzo adekwatne do sytuacji przedstawionej w 13. rozdziale Ewangelii Jana. Jednak ten przykład nie jest raczej zachętą do ceremonii, ale do stosowania prawdziwej pokory w osobistym i społecznym chrześcijaństwie. Mamy wiele sposobności do pocieszania, zachęcania i wspierania jedni drugich nawet w wydawałoby się mało istotnych sprawach życia codziennego, czy to pod względem często "niemiłych" obowiązków, czy doświadczeń i prób życiowych. Biblijne zaniechanie w zakresie "służenia jedni drugim" będzie ocenione na sprawiedliwym Bożym sądzie. Wyraźnie czytamy o tym w Biblii i są to słowa skierowane także do wierzących. Pisze o tym apostoł Paweł w 2. Liście do Koryntian 5,10: „Albowiem my wszyscy musimy stanąć przed sądem Chrystusowym, aby każdy odebrał zapłatę za uczynki swoje, dokonane w ciele, dobre czy złe”. Z miłością służymy jedni drugim, ale nie dla tylko dla formy. Każda usługa, jaką czynimy lub staramy się uczynić z miłości i z pragnienia dobra dla drugiego człowieka na pewno otrzyma uznanie Głowy Kościoła, czyli Pana Jezusa Chrystusa. Starajmy się nie przeoczyć żadnej sposobności uczynienia dobra. Nie przybierajmy tylko pozoru pokory.
 
Prawdziwa, ale i niestety fałszywa pokora są w nas. Ta prawdziwa, to obecność Boża w nas, czyli "Chrystus w nas". Jednak diabeł zawsze zadba o to, by była okazja do uzewnętrznienia się podróbki pokory, czyli po prostu mniej, czy bardziej zakamuflowanych przejawów pychy. Tylko prawdziwa pokora uzdolni nas do współczucia i służby wszystkim, z którymi stykamy się na co dzień. Wtedy też milszym będzie dla nas przywilej służenia tym, którzy są w Chrystusie lub tym, którzy dzięki tej służbie mogą być w Chrystusie. Po napisaniu i publikacji takiego rozważania nie będę zdziwiony, gdy Pan Bóg będzie chciał przetestować moją szczerość w "skromności" i pokorze w sytuacji, gdy będę musiał uniżyć się i nawet "umyć komuś nogi", może nie koniecznie w literalny sposób. Ponieważ z moich osobistych doświadczeń wynika, że tak działa nasz Bóg. Każdy nauczyciel chce, żeby to, czego naucza było zastosowane w życiu słuchacza. Nawet wtedy, gdy się do tego pragnienia nie przyznaje. Jeżeli nauczyciel zaprzecza pragnieniu wpływu nauczania na czyjeś życie, to jest to raczej przejawem fałszywej pokory. Ja pragnę być prawdziwym nauczycielem Bożego Słowa. Jest jednak pewien problem. Jeśli przyjmiesz to nauczanie i będziesz chciał(a) zastosować je w swoim życiu, to licz się także z tym, że twoja pokora będzie wypróbowana i to zapewne w najbliższym czasie. To także jest cena naszego osobistego i społecznego życia chrześcijańskiego.

Bogdan Podlecki

niedziela, 8 maja 2016

Przwdziwa, a fałszywa pokora cz. 1

Prawdziwa, a fałszywa pokora cz. 1

W 13. rozdziale Ewangelii Jana czytamy o tym, że Pan Jezus Chrystus wytłumaczył uczniom prawdziwy sens umycia im nóg. Bezpośrednią inspiracją dla mnie do napisania tego rozważania były dwie myśli pochodzące z cyklu nauczania Bogdana Olechnowicza o "pokorze Boga", które wysłuchałem na stronie "Górnej Izby" jakiś czas temu. Po pierwsze, aby umyć komuś nogi, to trzeba się co najmniej nachylić lub nawet przyklęknąć przed tym kimś. I po drugie, jeżeli tę czynność wykonał Pan Jezus Chrystus, to każdy z uczniów zobaczył klęczącego Syna Bożego przed sobą, czyli pysznym człowiekiem. Przeczytajmy uważnie ten fragment z Ewangelii Jana 13,1-17: „(1) Przed świętem Paschy, Jezus, wiedząc, iż nadeszła godzina jego odejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, umiłował ich aż do końca. (2) A podczas wieczerzy, gdy diabeł wzbudził w sercu Judasza, syna Szymona Iskarioty, zamysł wydania go, (3) wiedząc, iż Ojciec wszystko dał mu w ręce i że od Boga wyszedł i do Boga odchodzi, (4) wstał od wieczerzy, złożył szaty, a wziąwszy prześcieradło, przepasał się. (5) Potem nalał wody do misy i począł umywać nogi uczniów i wycierać prześcieradłem, którym był przepasany. (6) Podszedł też do Szymona Piotra, który mu rzekł: Panie, Ty miałbyś umywać moje nogi? (7) Odpowiedział Jezus i rzekł mu: Co Ja czynię, ty nie wiesz teraz, ale się potem dowiesz. (8) Rzecze mu Piotr: Przenigdy nie będziesz umywał nóg moich! Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał działu ze mną. (9) Rzecze mu Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, lecz i ręce, i głowę. (10) Rzecze mu Jezus: Kto jest umyty, nie ma potrzeby myć się, chyba tylko nogi, bo czysty jest cały. I wy czyści jesteście, lecz nie wszyscy. (11) Wiedział bowiem, kto go ma wydać; dlatego rzekł: Nie wszyscy jesteście czyści. (12) Gdy więc umył nogi ich i przywdział szaty swoje, i znów usiadł, rzekł do nich: Czy wiecie, co wam uczyniłem? (13) Wy nazywacie mnie Nauczycielem i Panem, i słusznie mówicie, bo jestem nim. (14) Jeśli tedy Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem nogi wasze, i wy winniście sobie nawzajem umywać nogi. (15) Albowiem dałem wam przykład, byście i wy czynili, jak Ja wam uczyniłem. (16) Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Sługa nie jest większy nad pana swego ani poseł nie jest większy od tego, który go posłał. (17) Jeśli to wiecie, błogosławieni jesteście, gdy zgodnie z tym postępować będziecie”.
 

Zwróćmy uwagę, że w 4. wersecie tego fragmentu czytamy, iż Jezus wstał od wieczerzy, żeby umyć nogi uczniom. Czyli to wydarzenie nie miało miejsca przed, ani po wieczerzy, ale w jej trakcie. W jednym z komentarzy do tego fragmentu znalazłem wzmiankę, że Jezus nie doczekawszy się umycia nóg, wstał i uczynił to sam. Ciekawe jest jednak to, że w tekście nie znajdujemy informacji o umyciu nóg Jezusowi. W wyniku tej sytuacji, to Chrystus umył nogi tylko swoim uczniom. Jedynie w pełni CZYSTY BÓG może naprawdę oczyścić człowieka. Myślę, że objawienie tego faktu miał Piotr domagając się umycia nie tylko swoich nóg, ale także rąk i głowy. Jedenastu z uczniów Jezusa prawdopodobnie najpierw zaakceptowało, a potem po Zmartwychwstaniu Chrystusa przyjęło to Boże objawienie. W tym szczególnie Piotr, który zrozumiał to, że jego początkowy opór nie wynikał z pokory, ale tak naprawdę z jego pychy. Jednak to niekoniecznie oznacza, że uczniowie zrozumieli wszystko w momencie tej zaskakującej usługi Jezusa.

Inaczej było w przypadku Judasza. W dalszej części tej historii znajdujemy dosyć tajemniczy 21. werset: „Po tych słowach Jezus, wstrząśnięty do głębi, oświadczył, mówiąc: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie wyda”. Jezus wcześniej wypowiedział wiele słów. Czy któreś z nich były aż tak wstrząsające dla Jezusa? Czy Jezus był wstrząśnięty faktem, że Judasz Go wyda? Przecież doskonale o tym wiedział i mówi o tym w 11. wersecie. Jak zaznaczyłem w wstępie do tego rozważania, zrozumienie tego fragmentu może być takie, że aby umyć komuś nogi, to trzeba się co najmniej nachylić lub nawet przyklęknąć przed tym kimś. Każdy z uczniów zobaczył klęczącego Syna Bożego przed pysznym człowiekiem. To musiało być wstrząsające przesiewanie pychy z serca każdego z nich. Jednak czytamy w tym fragmencie, że to Jezus był wstrząśnięty do głębi, a nie Jego uczniowie! Czym? Tym, że pokora Boga nie była w stanie oczyścić z pychy serca Judasza. Wcześniej, w 2. wersecie czytamy, że Judasz był poddany pokusie diabelskiej: „A podczas wieczerzy, gdy diabeł wzbudził w sercu Judasza, syna Szymona Iskarioty, zamysł wydania go”. Dopiero po jego osobistej decyzji wejścia w stan zatwardziałości serca, czytamy dalej w 27. wersecie: „A zaraz potem wszedł w niego szatan. Rzekł więc do niego Jezus: Czyń zaraz, co masz czynić”. To jest typowy schemat. Najpierw przyjmujemy pokusę. Potem następuje praca tej pokusy w naszym umyśle. Jeśli na tym etapie nie nastąpi zdemaskowanie i odrzucenie tych myśli, to zmierzamy w kierunku ulegania pokusie. To jest zawsze nasza decyzja. Jej wynikiem jest albo życie w wolności, albo zniewolenie. Apostoł Paweł dobitnie przedstawił ten problem w kontekście nieprzebaczenia w 2. Liście do Koryntian 2,11: „aby nas szatan nie podszedł; jego zamysły bowiem są nam dobrze znane”.

Judasz wraz z pozostałymi uczniami był poddany przesiewaniu. Zapowiedział to Pan Jezus Chrystus w Ewangelii Łukasza 22,31: „Szymonie, Szymonie, oto szatan wyprosił sobie, aby was przesiać jak pszenicę”. Jedenastu z nich wycofało się na jakiś czas w obliczu wielkiego zagrożenia i prześladowań. Natomiast próba Judasza była związana z pokusą zysku i ewentualnym uzyskaniem prestiżu u władz religijnych. Co prawda potem zwrócił pieniądze, lecz jego serce było już zbyt zatwardzone, aby przyjść do Boga po wybaczenie tak, jak zrobił to Piotr. Jezus miał wgląd w stan serca Judasza. To była jego dobrowolna decyzja. Judasz zatwardził serce i dlatego diabeł miał do niego dostęp. Jezus jest wstrząśnięty do głębi dobrowolnymi decyzjami ludzi. Słowo Boże mówi do każdego z nas w Liście do Hebrajczyków 4,7: „Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych”. Judasz fizycznie słyszał Chrystusa, jednak ten głos nie trafiał już do jego serca. Jezus może być sprzedany z naszego życia, np. za doraźne korzyści finansowe. Jednak takie duchowe transakcje handlowe podlegają Bożemu przesiewaniu. To wcale, przynajmniej na początku nie musi boleć. To może nawet wyglądać bardzo obiecująco. Jednak po dłuższym lub krótszym czasie, ból rozłączenia z Panem Jezusem Chrystusem oraz niczym nie dająca się wypełnić pustka w naszym życiu w końcu nas dopadnie.


Postawa Judasza jest tragicznym przykładem fałszywej pokory, w odróżnieniu od postawy Piotra. On pomimo tego, że czasami nawet jak był "tak skromny, że aż chwilami z tego dumny", to zawsze jeśli okazywał pokorę, to była ona szczera. Co Chrystus miał na myśli, mówiąc w 10. wersecie naszego kluczowego fragmentu: „Rzecze mu Jezus: Kto jest umyty, nie ma potrzeby myć się, chyba tylko nogi, bo czysty jest cały. I wy czyści jesteście, lecz nie wszyscy”? Myślę, że zdecydowanie chodzi tu o czystość duchową, symbolicznie przedstawioną za pomocą wschodniego zwyczaju umycia nóg gościowi przekraczającemu progi domostwa, czy namiotu. Tym bardziej, że greckie słowo "katharos", które zostało przetłumaczone w tym wersecie jako "czysty" ma oryginalne znaczenie "oczyszczony". Formą podstawową tego słowa jest "katharsis", czyli "oczyszczenie". Co mówi o tym terminie Słownik Terminów Literackich? Czytamy w nim następujące słowa: "Jedna z podstawowych kategorii tragedii antycznej. Sprecyzował je i utrwalił Arystoteles w swej Poetyce w rozdz. VI o tragedii. Uznał on, że celem sztuki jest wzbudzenie u widza uczuć "litości i trwogi", aby przez to oczyścić jego umysł z tych doznań, co rozumiano jako rozładowanie uczuć. Widz, odczuwając litość i trwogę, dochodzi do zrozumienia ich istoty, a przez to uwalnia się od nich. Kategoria katharsis była także rozpatrywana w ujęciach religijnych i moralnych". Podstawowym znaczeniem tego słowa było oczyszczenie umysłu, a w kategoriach moralnych – oczyszczenie duszy, natomiast w kategoriach religijnych – oczyszczenie, w sensie odrodzenie ducha. Greka nowotestamentowa ma zupełnie inne określenie – "leloumenos" na "tego, który jest umyty", czyli "czysty na ciele". W 10. wersecie naszego kluczowego fragmentu są użyte oba te słowa dla kontrastu. To oznacza, że "być umytym", nie zawsze jest równoznaczne z "być czystym". W znanym fragmencie z 1. Listu Jana 1,7 czytamy: „Jeśli zaś chodzimy w światłości, jak On sam jest w światłości, społeczność mamy z sobą, i krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu”. Jak myślicie jakie jest greckie słowo na przetłumaczenie "oczyszcza", które jest użyte w sensie "krew Chrystusa obmywa"? Oczywiście, że "katharizei", które jest tylko inną formą "katharsis".

 
W Biblii czytamy o tym, że Jezus oprócz tego, iż umył nogi uczniom, to także chrzcił. Informację o tym mamy w Ewangelii Jana 3,22: Potem Jezus poszedł wraz ze swymi uczniami do ziemi judzkiej i tam przebywał z nimi, i chrzcił. Więc przez analogię, jeżeli Jezus miałby ustanowić ceremonię "umywania nóg", to także była ustanowiona ceremonia chrztu. Jeżeli umycie nóg w trakcie takiej ceremonii oczyszcza duszę, to także każde ceremonialne zanurzenie w wodzie powinno być uznawane jako chrzest wodny. To jest oczywiście przejaskrawione porównanie, ale zmusza do myślenia. Chrzest nie jest ceremonią religijną. Jest dobrowolną i publiczną manifestacją śmierci "starego" i zmartwychwstania do "nowego" życia. "Umycie nóg" też nie jest ceremonią, ale symbolem oczyszczenia, w sensie odnowienia ducha człowieczego dla Bożych celów poprzez uniżenie przed drugim człowiekiem. Nie mam w zwyczaju komentowania praktyk religijnych w kościołach. Jednak jakoś pasuje mi ta ceremonia w wykonaniu papieża rzymskokatolickiego, jeżeli robi to w imieniu tego kościoła, ponieważ daje przykład takiej postawy wszystkim członkom kościoła, któremu przewodzi. Zdecydowanie mniej pasuje mi to jako usługa indywidualna "jedni drugim".

Zastanówmy się więc, co mogą oznaczać słowa Chrystusa w końcówce naszego kluczowego fragmentu z Ewangelii Jana 13,13-17: Wy nazywacie mnie Nauczycielem i Panem, i słusznie mówicie, bo jestem nim. Jeśli tedy Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem nogi wasze, i wy winniście sobie nawzajem umywać nogi. Albowiem dałem wam przykład, byście i wy czynili, jak Ja wam uczyniłem. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Sługa nie jest większy nad pana swego ani poseł nie jest większy od tego, który go posłał. Jeśli to wiecie, błogosławieni jesteście, gdy zgodnie z tym postępować będziecie”? Te słowa mogą oznaczać to, że uczniowie Chrystusa powinni wzajemnie troszczyć się o swoje dobro, by zachowywać siebie nawzajem w czystości, świętości i szczerości oraz pomagać sobie wzajemnie w przezwyciężaniu doświadczeń, pokus i zasadzek pochodzących z trzech źródeł pokuszenia: "świata", "ciała" i "diabła". Kolejność tych trzech źródeł nie jest przypadkowa. Nie gloryfikujmy diabła nadając mu pierwszeństwo w tym względzie. Wystrzegajmy się pokus "ciała" i "świata". Diabeł nie traci czasu na osobiste zajmowanie się przypadkami ulegania pokusom "ciała", czyli "własnych pożądliwości".
 
Pan Jezus Chrystus raczej nie myślał o "literalnych nogach", zachęcając uczniów do wzajemnego mycia nóg. Bóg żyje w WIECZNYM TERAZ i ustala ponadczasowe duchowe zasady. W tamtych czasach zwyczaj umycia komuś nóg był po prostu okazaniem grzeczności i szacunku, czyli można powiedzieć był "duchowy" na tle kulturowym. To tak samo, jakby dzisiaj, np. nie przywitać gościa przed nabożeństwem w kościele przez podanie mu ręki, jeśli jest to w danym kościele przyjęte jako "duchowe". Dzisiaj umywanie nóg, np. w polskiej kulturze jest raczej przeciwieństwem duchowości na tle kulturowym. Jednak było to normalne w tamtych czasach. "Wschodnia kultura" zwyczaju mycia nóg gościowi w bogatszych domach była realizowana poprzez niewolników lub służących. To nie gospodarz, ale jego służba wykonywała te czynności. Przez umycie nóg swoim uczniom Jezus sprawił, że oni poczuli się niewygodnie. To była taka terapia szokowa. Zwyczajowo zawsze "mniejszy" usługiwał "większemu". Być może usługując im w ten sposób, Jezus napomniał ich "wygodę" i przyzwyczajenie się do obecności Boga. Parafrazując, to mogło mieć taki wydźwięk: "Słuchajcie chłopaki. Wiem, że traktowałem was jak przyjaciół i partnerów w służbie. Jednak to JA JESTEM BOGIEM i gościem na tym świecie. Zresztą już niedługo nie będzie mnie wśród was". Słowa Jezusa wzywające do wzajemnego umywania nóg są raczej zdecydowaną zachętą do służenie sobie nawzajem w miłości, choćby w najprostszy przyjęty w danej sytuacji i kulturze sposób. Umycie nóg jest obrazem prawdziwej pokory wyrażonej w zwykły sposób, czyli zgodny z aktualnymi uwarunkowaniami kulturowymi.
 
Przypomnijmy sobie okoliczności, przy których Chrystus umył nogi swoim uczniom. Pan Jezus i Jego dwunastu uczniów zgromadzili się w "Górnej Izbie", czy jak kto woli w "Wieczerniku" w celu spożycia baranka paschalnego. W czasie tego wydarzenia Pan Jezus Chrystus ustanowił pamiątkę Wieczerzy Pańskiej. Uczniowie byli pełni entuzjazmu i zapału spotęgowanego jeszcze triumfalnym wjazdem Jezusa do Jerozolimy kilka dni wcześniej. Oni nie byli w stanie w tym momencie zrozumieć smutku, jaki przygniatał Chrystusa. Uczniowie byli bojowo nastawieni. Po wieczerzy paschalnej ich nastawienie opisuje znamienny werset w Ewangelii Mateusza 26,35: Rzecze mu Piotr: Choćbym miał z tobą umrzeć, nie zaprę się ciebie. Podobnie mówili i wszyscy uczniowie. Parafrazując jego słowa można powiedzieć, że Piotr mówił: "Co Ty mówisz Panie? Rób swoje. Wszystko idzie dobrze! Jakby jednak coś poszło nie po naszej myśli, to też nie martw się. Ja będę w pobliżu".
 
Zupełnie inna była postawa Chrystusa, który miał świadomość duchowego zmagania. Czytamy o tym w dalszej części tego fragmentu w Ewangelii Mateusza 26,36-39: Wtedy idzie Jezus z nimi do ogrodu, zwanego Getsemane, i mówi do uczniów: Siądźcie tu, a Ja tymczasem odejdę tam i będę się modlił. I wziął z sobą Piotra oraz dwóch synów Zebedeuszowych, i począł się smucić i trwożyć. Wtedy mówi do nich: Smętna jest dusza moja aż do śmierci; pozostańcie tu i czuwajcie ze mną. Potem postąpił nieco dalej, upadł na oblicze swoje, modlił się i mówił: Ojcze mój, jeśli można, niech mnie ten kielich minie; wszakże nie jako Ja chcę, ale jako Ty. Trzej uczniowie byli z Jezusem w czasie zmagania duchowego i pospali się. Okazuje się, że można być na placu duchowej bitwy i jednocześnie nie brać w niej udziału lub nawet nie mieć świadomości toczącej się wokół duchowego zmagania. Można być członkiem jakiegoś lokalnego kościoła i jednocześnie nie być częścią duchowego zmagania, jaki ten kościół toczy na swoim duchowym terytorium oddziaływania. Takie rozdwojenie, nawet wśród duchowych postaw wierzących wyraźnie sygnalizował Chrystus zapowiadając swoją śmierć na Krzyżu w Ewangelii Łukasza 12,49-51: Ogień przyszedłem rzucić na ziemię i jakżebym pragnął, aby już płonął. Chrztem mam być ochrzczony i jakże jestem udręczony, aż się to dopełni. Czy myślicie, że przyszedłem, by dać ziemi pokój? Bynajmniej, powiadam wam, raczej rozdwojenie. W kontekście tej zapowiedzi Jezusa nieco inaczej brzmią Jego słowa: Smętna jest dusza Moja aż do śmierci”. Chrystus wyraził pragnienie, aby chrzest ogniem, którym miał być ochrzczony wykonał się, mając jednocześnie świadomość kosztu takiej ofiary. Natomiast Jego uczniowie prawdopodobnie przypuszczali, że Jezus ma "zły dzień" i bardzo pesymistyczny pogląd na sprawy ich przyszłego zwycięstwa.
 
Podczas kilku dni, które poprzedzały usłużenie Chrystusa "umyciem nóg swoim uczniom" byli oni świadkami wielu wydarzeń, zapewne ich zdaniem bardzo korzystnych dla sprawy Jezusa, jako Króla Izraela i Bożego Mesjasza. Widzieli ucztę wydaną na cześć Jezusa w domu Łazarza jego sióstr Marty i Marii. Byli świadkami namaszczenia Chrystusa przez Marię bardzo kosztowną maścią. Uczestniczyli w Jego triumfalnym wjeździe do Jerozolimy. Widzieli jak lud słał szaty i gałązki palmy przed Nim, gdy jechał na oślęciu. Słyszeli okrzyki, które znajdujemy w Ewangelii Mateusza 21,9: Hosanna Synowi Dawidowemu! Błogosławiony, który przychodzi w imieniu Pańskim. Hosanna na wysokościach!”. Słyszeli także jak Jezus zareagował na próbę powstrzymania tych wydarzeń przez żydowskie władze religijne słowami, które z znajdujemy w Ewangelii Łukasza 19,40: Powiadam wam, że jeśli ci będą milczeć, kamienie krzyczeć będą. Cała Jerozolima była ożywiona tak, że nawet żydowskie władze religijne były zdumione i bały się ludu. Uczniowie Jezusa byli wraz z Nim w Świątyni, gdzie Chrystus wygnał z placu świątynnego sprzedawców i właścicieli kantorów wymiany walut. Byli świadkami tego, że gdy Faryzeusze i Saduceusze starali się pochwycić Jezusa na odpowiedziach na "trudne pytania", to On mądrze obrócił ich własne argumenty przeciw nim tak, iż w końcu nie śmieli Go się więcej pytać, bo pogarszali tylko swoją sytuację. Wszystkie te wydarzenia zdawały się wskazywać na to, że uczniowie znajdowali się w przededniu wielkiego wywyższenia Jezusa na wysokie stanowisko, być może na króla Izraela. Prawdopodobnie mieli też uzasadnioną nadzieję, że jako współpracownicy Chrystusa wraz z Nim też załapią się na prestiżowe stanowiska władzy. Uczniowie nie mogli zrozumieć duchowego smutku Chrystusa. Jakub i Jan za wstawiennictwem mamusi prosili Jezusa o przedniejsze miejsca w Jego Królestwie. Raczej nie mieli wątpliwości, że Królestwo Boże jest blisko. Ich motywacje nie musiały być koniecznie złe, oni tylko odważyli się to wyrazić, że pragnęliby być jak najbliżej Mistrza.
 
Te wydarzenia nie sprzyjały wzrostowi pokory u uczniów, ale raczej pychy w ich sercach. Takimi bojowymi myślami przepełnione były ich umysły. Więc żadnemu z nich podczas "ostatniej wieczerzy" nie nasunęła się myśl umycia nóg Chrystusowi. Zwyczajem wschodnim, także stosowanym u Żydów było trzymanie sług do usługiwania gościom. Jednak w tym wypadku nie było sług, a z apostołów żaden nie był na tyle domyślnym, aby samemu podjął się usłużyć. Widocznie w tej chwili nie tylko nie znajdowali się w usposobieniu, by służyć jeden drugiemu, ale nawet nie pomyśleli, by umyć Mistrzowi nogi. Okazuje się, że jako chrześcijanie jesteśmy zdolni do okazania samolubstwa nawet w miłości i to w Bożej obecności. Ponieważ sprawia nam trudność rozeznanie swojego własnego serca, to powinniśmy być bardzo powściągliwi w ocenianiu serc i intencji innych osób. Powinniśmy raczej okazywać zbyt wielkie miłosierdzie, czy nawet nadmierną pobłażliwość, niż mielibyśmy drugiego człowieka potępić za to, co on robi lub czego nie robi. Przepraszam, że posłużę się w tym miejscu zasłyszanym dowcipem. Pewnemu wierzącemu Anglikowi wypadło cygaro z ust z oburzenia na widok wierzącego Francuza, który wypijał do posiłku butelkę wina. Nasze "święte oburzenie" nie rozwiąże problemu przyjęcia lub nie przyjęcia objawienia życia w wolności dzieci Bożych. Jestem przekonany, głównie na podstawie swoich doświadczeń, że gdyby zapytać apostołów o motywy ich postępowania, to zapewne zaprzeczyliby stanowczo, iż powodowało nimi samolubstwo. Raczej zapewnialiby o tym, że kierowali się tylko przywiązaniem do Mistrza i jedynym ich pragnieniem jest być blisko Boga.
 
To przedstawia nam smutną prawdę, o której mówi Biblia w Księdze Przypowieści Salomona 4,23: Czujniej niż wszystkiego innego strzeż swego serca, bo z niego tryska źródło życia!”. Jaka może być definicja serca ludzkiego w tym kontekście? To duchowe miejsce, gdzie mieszają się nasze i zewnętrzne myśli z naszymi emocjami. Serce ludzkie jest zwodnicze i potrzebuje nieustannego i uważnego czuwania, bo w przeciwnym wypadku, czyli, np. gdy poddamy się tylko emocjom, to pod płaszczykiem dobrych motywacji mogą być pielęgnowane także i złe uczucia. Zasadą, która wynika z całego nauczania Biblii jest to, że jeżeli złe myśli i emocje są rozpoznane, czy nawet zdemaskowane, to muszą być natychmiast usunięte z naszego umysłu i serca. Ta zasada jest jasno sformułowana w Liście do Hebrajczyków 12,14-15: Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana, bacząc, żeby nikt nie pozostał z dala od łaski Bożej, żeby jakiś gorzki korzeń rosnący w górę, nie wyrządził szkody i żeby przezeń nie pokalało się wielu”. Dlatego właśnie Biblia mówi o sercu, że jest zwodnicze. Moim zdaniem nie ma dobrych, czy złych emocji. Problemem jest wyrażanie lub nie wyrażanie naszych emocji w dobrej, czy w złej sprawie. Dobrym przykładem może tu być problem dojrzałości chrześcijańskiej, np. w powściąganiu lub nie powściąganiu swojego języka.
 
Na zakończenie tej części rozważania trzy wersety z nauczania apostoła Jakuba na temat naszego serca w kontekście naszego duchowego życia w prawdziwej pokorze, które powinniśmy osobiście przyjąć i zastosować w swoim życiu. W Liście Jakuba 1,26 czytamy: Jeśli ktoś sądzi, że jest pobożny, a nie powściąga języka swego, lecz oszukuje serce swoje, tego pobożność jest bezużyteczna. W fałszywej pokorze można oszukać swoje serce poprzez mówienie na pokaz o swojej pobożności. Natomiast prawdziwa pokora nieraz nie wymaga nawet słów, tylko rzeczywistego świadectwa naszego przemienionego życia.
I już bez żadnego komentarza.
(Lista Jakuba 3,14): Jeśli jednak gorzką zazdrość i kłótliwość macie w sercach swoich, to przynajmniej nie przechwalajcie się i nie kłamcie wbrew prawdzie.
(List Jakuba 4,8): Zbliżcie się do Boga, a zbliży się do was. Obmyjcie ręce, grzesznicy, i oczyśćcie serca, ludzie o rozdwojonej duszy.
 
Ciąg dalszy w części 2.

Bogdan Podlecki